Karpaty Wschodnie - Ukraina, Rumunia - Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohora, Świdowiec, Hryniawy i Czywczyny
Strona główna · Noclegi · Artykuły · Wydarzenia · Fotogaleria · Do pobrania · Linki · ForumPaździernik 20 2017
Menu
Strona główna
Karpaty Wschodnie
Informacje praktyczne
Artykuły
Wydarzenia
Fotogaleria
Do pobrania
Linki
Forum
Kontakt
Szukaj
Ostatnie Artykuły
Karpaty Wschodnie Ja...
Album fotograficzny ...
Geologiczna podróż p...
Konserwacja szlaków ...
Mapa Czarnohora dla ...
Użański Park Narodow...
Szlaki turystyczne w...
Użański Park Narodowy
Huculska Izba Muzeal...
Czarnohora i Karpaty...
Akcja Świdowiec
III Karpacka Biesiad...
Ankieta
Czy popierasz inicjatywę znakowania szlaków w ukraińskich Karpatach?

Tak

Nie

Nie mam zdania

Losowe zdjęcie


Świdowiec
Ratownictwo
Ratownictwo
Pogoda w Czarnohorze
Szlaki
Facebook
Rzecz dzieje się w Alpach Rodniańskich
TWARZE I GESTY
Dariusz Dyląg
Rzecz dzieje się w Alpach Rodniańskich


Motto:
nomina nuda tenemus
(nazwy jedynie mamy)


(1)

     Marek Longman dołączył do naszej niedużej wyprawy już po zejściu z czarnohorskich połonin. Niezadowolona twarz i niecierpliwe gesty świadczyły o niezbyt udanym początku wakacji. Ze wspólnych rozmów wynikało, że widoczne ślady frustracji spowodowane były pozostałościami choroby. Niezaspokojoną ambicję łagodziła odbijająca się w nim ciekawość i chęć poznania otaczającej rzeczywistości; pewien zauważalny dystans do współuczestników, jak również - na przeciwnym biegunie - pełna spontaniczności opiekuńczość, sprawiały, że miał w sobie coś z osoby duchownej.
     Naszym celem były Alpy Rodniańskie. Jedenastoosobowej grupie cały transport zajął dzień i kawałek wieczoru. Jak mniemam, przejście piesze z Czarnohory zajęłoby nam niewiele więcej czasu. Cóż, kiedy ukraińskie przepisy dotyczące ruchu granicznego trącą reżimowo-komunistyczną myszką. Bardzo symptomatyczne dla przekraczania granicy ukraińsko-rumuńskiej na oficjalnym, międzynarodowym przejściu w Serecie jest traktowanie przez celników ludzi z towarem handlowym jak bydła pociągowego. Nas przy okazji również, choć bez upokarzającego grzebania w osobistym bagażu. Tymczasem wylądowaliśmy na stacji kolejowej, by w zakurzonej poczekalni spędzić resztę nocy i następnego dnia nawiedzić nie spotykane nigdzie indziej w Europie malowane z zewnątrz kościoły Bukowiny.
 

     Cerkiew w Humorze leży w rozfalowanym krajobrazie gór Obczina Mare. Zwarty, spokojny kształt, orientowany, z trójdzielną absydą, jak zwykle zwróconą na wschód, pokrytą pasem wysokich, ślepych łuków, sięgających niemalże dachu zwieńczonego czterema metalowymi krzyżami, a od zachodu nieoczekiwana arkadowa kruchta, z wysokimi łukowatymi otworami. Ich pionowy rytm przecinał się z sześcioma poziomami malowanych pasów otaczających całą budowlę z zewnątrz. Pasy znowuż dzielone były na regularne, kwadratowe pola wypełnione całą gamą kolorów o niespotykanym nasyceniu. Z pewnej odległości, gdy poszczególne sceny zlewały się w ozdobny wzór - niejako gęsto haftowany na murach świątyni - przypominało to doskonałość zestawu barw i szlachetność niepowtarzalnych układów na rękawach niewieścich koszul godnych najpiękniejszych kobiet i najlepszych muzeów świata.
     Ze starego klasztoru pozostała jedynie cerkiew i jedna tylko obronna wieża w narożu dawnych obwarowań. Poza murami znajdowała się współczesna prawosławna cenobia nieoczekiwanie tętniąca życiem odzianych w czarne szaty postaci mniszek. Parterowy, przyozdobiony żywymi kwiatami obiekt bardziej przywodził na myśl gospodarstwo meksykańskiego hacjendera niż miejsce, w którym wciela się w czyn powstałą w IV wieku regułę Bazylego Wielkiego, opartą na zasadach ubóstwa, posłuszeństwa, pokory, czystości i pracy. Na chodniku prowadzącym do monasteru pracowały dwie siostry, na klęczkach wycinające trawę spomiędzy równo ułożonych kamieni i wrzucające ją do leżącego opodal plecionego kosza. Obie wyglądały na nowicjuszki, nie nosiły bowiem charakterystycznych czepców na głowach. Po chwili jedna odeszła w stronę zabudowań, a druga ze zrezygnowanym wyrazem twarzy nadal wrzucała wyplewioną trawę. Marek nie wszedł razem z nami do wnętrza cerkwi, z której dochodził naszych uszu monotonny i przyciągający zaśpiew diakona oraz rzadkie odpowiedzi żeńskich głosów, lecz stojąc przed wejściem wpatrywał się usilnie w klęczącą dziewczynę. Wpatrywał się w jej twarz i powalane ziemią dłonie.

     Później, już w czasie wędrówki, kiedy mogliśmy poznać bliżej rysy jej twarzy i zapoznać się z nieco zmąconym smutkiem uśmiechem, mogłem i ja docenić bardzo nas zaskakujący wybór Marka. Byłem zdumiony typem jej urody. Z punktu widzenia czystego piękna emanował z niej brak poprawności czy doskonałości wyglądu. Zresztą Marek zachowywał się tak, jakby jej kształtne linie, cała architektura widzianej z boku kobiecej postaci - nie istniały, wręcz zanikły. Niemal każda napotkana kobieta podoba się normalnemu mężczyźnie. Ta ekscytacja wywołuje pierwszy ruch w jej kierunku. To przyciąganie, jakie za przyczyną niemal każdej kobiety staje się udziałem niemal każdego mężczyzny, stanowi rodzaj instynktownego wezwania. W rzeczywistości, nie spotyka się ono zazwyczaj z żadnym oddźwiękiem, a jeżeli następuje odpowiedź, to tylko negatywna. Tymczasem Marek się zakochał - od pierwszego wejrzenia - w jej brwiach schodzących się regularnymi łukami u nasady nosa, kolorze oczu, ruchach warg, dźwięku jej głosu.
     Weszliśmy zatem do wnętrza cerkwi (zostawiając Marka na zewnątrz) i daliśmy się pochłonąć niesamowitej, wręcz barbarzyńskiej orgii barw, dekoracyjności, kolorowości oraz zdumiewającej, nas laików, rozbieżności pomiędzy odejściem od dokładnego imitowania natury aż po drobiazgowe oddanie realizmu detali postaci czy szczegółów ubiorów. W kruchcie naszym oczom ukazał się sakralny kalendarz przedstawiający przebieg roku Pańskiego z zestawem patronów dla kolejnych dni. Całe mnóstwo świętych, w znakomitej większości otrzymujących swoje okrągłe aureole poprzez męczeńską śmierć. Św. Filip wiszący głową w dół, św. Eustachy z rodziną w ogniu, rozszarpana przez lwa św. Eufemia, niezliczone ilości zbrojnych odzianych w renesansowe blachy ścinają głowę po głowie... Ale jest coś jeszcze gorszego: każdy ze świętych nachalnie patrzy nam prosto w oczy. Ten bizantyjski kanon, przeciwny prawom anatomii, sprawia, że i my wchodzimy do wnętrza fresku, jesteśmy przezeń pochłaniani i wbrew sobie bierzemy udział w makabrycznej egzekucji i - w konsekwencji - w całej historii Zbawienia. Dalej, w przekrojonej na pół górze prześladowanych siedmiu braci śpiących; potwór morski w koronie, trzymający dwa pokryte łuskami ogony; jeleń z krzyżem między rogami, ze skrzydłami orła i ogonem smoka oraz olbrzymim fallusem między tylnymi nogami... Któż to wszystko wymyślił i namalował?
     Wychodząc na świeże powietrze stanęliśmy jak wryci i popatrzyliśmy po sobie nieco skonfundowani. Marek stał na ścieżce obok dziewczyny, z przewróconego kosza wysypywały się przemieszane z resztkami ziemi pęki traw, jej dłoń spoczywała miękko w jego dłoni, a oni patrzyli na siebie z błąkającymi się na twarzach nieśmiałymi uśmiechami, zupełnie nie zauważając tego, co dzieje się wokół nich. Faktem jest, pomijając powierzchowne interwencje naszej woli, że prowadzimy życie irracjonalne. Irracjonalność tej sceny była niemalże szokująca. Myśli, które składają się na rozum, przychodzą do nas już gotowe, powstałe gdzieś w podświadomości i zapewne podobnie jest z naszymi pragnieniami. Zjawiają się znienacka, niczym aktorzy wyłaniający się z ciemności, spoza tajemniczych kulis. Aktorzy ucharakteryzowani, którzy wygłaszają swoje kwestie. Kwestią, która tutaj padła niewypowiedzianie, było jedno słowo: miłość. Istotą roli zaś były szczegóły twarzy i gesty. Są one bowiem najbardziej wyrazistymi środkami, które odzwierciedlają prawdziwy charakter człowieka i dlatego też pomagają nam w takim, a nie innym wyborze. Po owej niezręcznej chwili, spojrzeli na naszą gromadkę, puścili swoje dłonie i podeszli wolnym krokiem.
     - Agnieszka Humorolui - powiedziała zabawnie przekręcając swoje imię i podając każdemu z nas dłoń na powitanie.



(2)

     Do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że rankiem następnego dnia Agnieszka przyszła na stację kolejową. Miała na sobie normalne ubranie, w ręku trzymała płócienną torbę, której pasek wzmocniony był, rzucającą się w oczy, wielobarwną krajką z wyszyciami, a w oczach - jakąś bolesną determinację. Ten dziwny blask przygasł nieco, kiedy stanęła obok Marka i jakoś tak naturalnie wzięła go za rękę. To było nie do pomyślenia. Jechaliśmy przecież na długie pięć dni w Alpy Rodniańskie. Wszystko wskazywało na to, że ani on, ani tym bardziej ona, nie chcieli zrezygnować z tej wędrówki.
     Co się tak naprawdę stało? Czy mam uwierzyć, bez żadnych zastrzeżeń, że nagle, jak grom z jasnego nieba, spadło na nich uczucie, któremu nie byli w stanie, lub nie chcieli, się oprzeć? Czy było to jakieś sparaliżowanie świadomości? Jeśli miłość jest przede wszystkim funkcją charakteru, to i ona poddaje się w bardzo nikłym stopniu działaniu woli i w ogóle świadomości. Świadoma kontrola nad tym, co dzieje się w głębi naszego umysłu, jest w gruncie rzeczy niemożliwa. Ale przecież samo zakochanie to bez wątpienia akt świadomości. Żeby kogoś pokochać, trzeba go najpierw zobaczyć, zauważyć. To, że nasza uwaga kieruje się ku temu właśnie, a nie innemu człowiekowi, jest trudne do wytłumaczenia. Kiedy oni mieli na to czas? W przeciągu niecałej godziny, którą spędziliśmy wewnątrz cerkwi, wymknęli się naszej obserwacji. A może to jednak nie jest miłość? Może mamy tutaj do czynienia z uczuciami, które miłością w ogóle nie są: z pożądaniem, ciekawością, ambicją, szukaniem samopotwierdzenia czy samozatracenia.

     Z jedną przesiadką w Salwie i zaiste fascynującym pokonaniu koleją doliny Salauta (wysoko ponad dnem) dotarliśmy na przełęcz Szetref. Od niej właśnie zaczynają się góry, których przejście stało się i naszym udziałem. Wlokłem się na szarym końcu, co rusz poprawiając jakiś element mojego oporządzenia i z wyraźną niechęcią rzucałem okiem za oddalającą się raźnym krokiem ekipą. Prowadził nas niejaki Jeremi Pawłowski. Postać z gruntu kontrowersyjna. Pod maską twardego, wulgarnego słownictwa i szybkiego marszu bez oglądania się na maruderów krył się drobny okularnik, o wrażliwości inteligenta z prowincjonalnego miasteczka. Kiedy dodać do tego jeszcze małe doświadczenie przewodnickie, kompletną nieznajomość terenu oraz błędy metodyczne, będziemy mieć prawie całkowity obraz postaci. Przed wybuchem sprzeciwu uratowało mnie moje nie nerwowe usposobienie, gwałtowny opad deszczu i zajazd, co prawda w budowie, ale w którym - po wielu deliberacjach - zdecydowaliśmy pozostać na noc. Oprócz sytuacji, zachęciły nas do tego ostatnie okruchy cywilizacji w postaci w miarę chłodnego piwa, jak również zaskakująca w takim miejscu izba na piętrze. W izbie zaś - urządzonej ze swoistym smakiem dekoratora wnętrz - klasyczne etno: sprzęt domowego użytku, marmaroskie stroje ludowe, haftowane ręczniki i serwety, nieco książek krajoznawczych, a pod fotografią gospodarza (również przyodzianego na ludowo) wisiał na gwoździu autentyczny mauser, wzór 1923, z pordzewiałą lufą i zamkiem.
     Rankiem, mimo przewalających się mgieł i niepewnej pogody, Jeremi zarządził wymarsz. Rzeczywistość odrealniała się coraz bardziej. Moczyliśmy trawą buty idąc wzdłuż granicy lasu i łąk, cały czas pod górę, czekając końca lub równej drogi. Pod nogami - łajno owiec i koni, ale żadnej zwierzyny nie widać, ani nie słychać. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwamy, że oprócz nas ktoś tu jednak jeszcze jest. I faktycznie, jak "Latający Holender" z morskich odmętów, weszliśmy niespodziewanie w stado pasących się koni, które po chwili zniknęły zdmuchnięte przesuwaną wiatrem mgłą. Teren zaczął nam opadać, pastwiska się skończyły, urósł regularny las. To w zasadzie nie było normalne. Munczeł, który zapewne właśnie minęliśmy, miał 1703 metry wysokości. W Beskidach na tej wysokości już dawno nie ma lasu. Niemniej, trzymając się grzbietu powinniśmy w końcu dojść na przełęcz i tam zatroszczyć się o nocleg. Znienacka drogę zagrodziła nam ściana, której niczym nie zmącona pionowość wykluczała dalszy kierunek marszu. Jak na urągowisko, chmury nieco przewiało i zobaczyliśmy w bardzo głębokim dole naszą upragnioną przełęcz. Na sforsowanie skutecznego obejścia zużyliśmy sporo drogocennego czasu i zmęczenia, ale Jeremi sprawnie nas wyprowadził ku czerwono znakowanemu trawersowi po południowej stronie. Mimo wszystko, tzn. mimo naszych ciężkich plecaków, owo zejście urwistym lasem, pośród osuwającej się spod butów namoczonej ziemi i błota, nie można było nazwać gehenną. Szczególnie, że poniżej czekał nas - o czym na razie jeszcze nie wiedzieliśmy - bardzo porządny szałas z bardzo porządnym gospodarzem.

     Nietrudno wyobrazić sobie klasyczną twarz rdzennego Rumuna. Pociągła i smagła, pod krzaczastymi brwiami głęboko osadzone oczy o czarnych źrenicach, orli nos i niepełne uzębienie. Trzymał się prosto i czerstwo. Nie był stary, a powolność jego ruchów wynikała z łagodnego usposobienia i - jak mniemam - kolosalnych pokładów życzliwości do świata i ludzi. Nazywał się Mihai Cirstescu. Nie trudnił się pasterstwem, a funkcja jaką wypełniał tu, na przełęczy, w samotności, związana była z drewnem. Znał się na nim. Zanim zabrał się do rąbania polan, starannie ostrzył siekierę kawałkiem mokrej osełki. Szałas drwali był niedawno pobudowany, przestronny, z pryczą na sporo osób, zasłaną porządnymi kocami. Najbardziej cieszył nas piecyk, tzw. koza, z szeroką blachą, na której pichciliśmy nasze niewymyślne posiłki. Z ufnością człowieka gór przyjął od nas porcję kisielu, do której bez zażenowania ukroił kawałek chleba i tak jadł, dopóki nie opróżnił naczynia. Cieszył się naszą obecnością. Z komicznym marsem na czole kiwał ze śmiertelną powagą dwukrotnie głową milcząco godząc się na nasze porządki i potwierdzał bez sprzeciwu retoryczne pytania dziewczyn. Zadomowiliśmy się w tę zawieruchę na dobre. Nad promieniującą ciepłem "kozą" suszyły się nasze buty, a w krąg roztaczała się jedyna w swoim rodzaju aura domowego ogniska. Do snu ułożyliśmy się pokotem w śpiworach, biorąc go między siebie, żeby było cieplej. Przypadło mi miejsce obok. Pachniał kiepskimi papierosami, dymem z piecyka i szałasem. Juliana, do której los przytulił mnie tej nocy, wydzielała równie intensywny zapach szałaśnych koców i czegoś jeszcze... Młodości?
     Nocny opad deszczu i zimno nie powstrzymały Jeremiego - i słusznie - od dalszej wędrówki. Na nic się zdały łagodne przekonywania gospodarza - ruszyliśmy dalej. Płaj stanowiła wyraźna droga, która dobrze wiedziała, kiedy ma piąć się na wzniesienie, a kiedy je omijać. Najpierw wydeptywały go przez setki lat pasterskie nogi, szły stada za stadami ku wysokim pastwiskom, by za socjalistycznych czasów uczynić z niego regularny trakt górski, co jakiś czas zabierany na stromiznach przez wodę. Mogliśmy zawierzyć tej drodze, bo - jak mówił Michał - płaj sam prowadzi. W totalnych mgłach i potęgującym się wietrze minęliśmy się z pasterzami wiodącymi konie. Porywisty wicher miotał nami, jak chciał, po grzbiecie Batryny i w końcu zeszliśmy na trawers od zawietrznej, równiutko wycięty w stokach Buhaesku. Tak było rozsądniej. Wszyscy szli dołem. Konie płoszyły się na nasz widok, kiedy znienacka wyłanialiśmy się z korowodów chmur i wody. Na tarnicy "la cruce" posadziliśmy ekipę niżej w bezwietrznym miejscu i razem z Jeremim przebiliśmy się pod wiatr, na północ. Opatrzność w swej łaskawości pozwoliła nam trafić bezbłędnie na biwak z wodą, osłonięty garbem terenu od podmuchów.
     Pod płócienną strzechę, którą rychło rozbiłem z pomocą Marka, zaprosiłem ich obydwoje. Wszyscy zagęściliśmy nasze namioty. W ewidentnym załamaniu pogody miało to swój racjonalny sens. Bez wątpienia człowiek też jest zwierzęciem stadnym. Obecność Marka i Agnieszki, wspólne przygotowanie kolacji w ciasnocie namiotowych ścianek, zbliżyło nas do siebie. Starałem się zrozumieć nagłą decyzję Agnieszki, która dopiero tutaj, w tych jakże niesprzyjających warunkach pogodowych, zdawała się odzyskiwać utracony wcześniej spokój ducha. Czyżby uczucie do Marka stało się dla niej nieodzownym sposobem wyrwania się z zamkniętego kręgu klasztornej izolacji? Gdzieś między słowami domyślaliśmy nieustannych prób nawiązania kontaktu z drugim człowiekiem. Tam, w Humorze, były one niestety skazane na niepowodzenie, ponieważ pozbawione były rzeczywistego uczucia (do Boga). Jak się zdaje, brakowało tak elementarnych rzeczy, jak wola, obowiązek, szacunek dla drugiego człowieka. Nie mogła przezwyciężyć własnego egzystencjalnego osamotnienia. Dopiero Marek, bez słów, wyciągając do niej rękę i patrząc prosto w twarz, uświadomił jej, że izolacji nie da się przezwyciężyć inaczej niż właśnie przez miłość. Miłość więc jest zorientowana ku innym ludziom - jest afirmacją drugiego człowieka - i ona właśnie przynosi nam wyzwolenie od samotności.

     W głębi nocy obudziło mnie energiczne szarpanie za ramię.
     - Darek, obudź się, musisz mi pomóc! - gorączkował się Marek.
     - Co się stało? - wymamrotałem zaspanym głosem.
     - Nie ma Agnieszki!
     Błyskawicznie zerwałem się, przyodziałem anorak i razem z Markiem weszliśmy w deszczową ścianę nocy. Najpierw poszliśmy w dół, ku dolinie. I to był błąd. Nasze wołania niknęły we mgle i ciemnościach. Wpadaliśmy w kałuże wody i w końcu, całkiem przemoknięci, postanowiliśmy ruszyć w górę, ku grani.
     Klęczała pod krzyżem na siodle przełęczy. Na twarzy miała łzy. Przemoczone ubranie ciasno przylegało do jej ciała. O dziwo, w przeciwieństwie do nas, nie dygotała z zimna. Wiatr właśnie ustał, chmury się rozpierzchły, a na wschodzie wstawał nowy, tym razem pogodny, dzień. Uśmiechnęła się do mnie przepraszająco i wsunęła nieśmiało w ramiona Marka. I tak stali, a ja patrzyłem jeszcze przez moment na ów nieoczekiwany widok. Po chwili cofnąłem się w tył, powoli schodząc do stojących w dole namiotów.
     Obudziło mnie ciepło nagrzanego namiotu z kompletem domowników oraz gadanie Jeremiego. Zbierał się już do wyjścia nie zważając na nasz brak gotowości. Powoli i my się wyzbieraliśmy i utworzyliśmy bajecznie rozciągnięty, kolorowy wąż ludzkich figur.
     Stojąc na najwyższym szczycie Alp Rodniańskich i zarazem całych Karpat Wschodnich, czułem się kompletnie wyprany z wszelkich doznań wyższego rzędu. Zero wzruszeń, brak satysfakcji, ambicje niezaspokojone, po prostu - nie zachwycało mnie. Na próżno usiłowałem dociec czym był spowodowany ów stan mojego ducha i umysłu. Wokół roztaczał się niepowtarzalny krajobraz poglacjalnej rzeźby. W odpornych granitach północnych partii Pietrosula czas i lodowce wyrzeźbiły przepastne ściany i głębokie kotły. Sam wierzchołek, na którym staliśmy, umiejętnie zeszpecono niedużym murowanym schronem. Jak łatwo się domyślić, schron służył za toaletę rzeszom karpackich turystów i wydzielał iście odstręczający odór ludzkiego kału i moczu. Ponad półtora kilometra niżej, w dolinie Wyszowa, oświetlona promieniami słońca - Borsza, z charakterystyczną wieżą unickiej świątyni. Na dokładkę tło burzy rozbebeszony masyw Torojagi w Karpatach Marmaroskich, z kopalniami rud metali kolorowych. Ledwo odznacza się Farkaul i stożkowaty Pop Iwan - marmaroski; czarnohorskiego, głębiej ku północy, trudno uświadczyć w przymglonym powietrzu. Odwróciłem się tedy tyłem i nagle wszystko mi przeszło. Spoglądałem na Cyblesz, który królował na zachodzie; długie, południowe grzbiety Rodniańskich ściągały wzrok w głębie doliny Wielkiego Samoszu, by wreszcie oprzeć go na górach Birgau; wulkaniczne Kelimeny - rozległe i onieśmielające mnogością szczytów; a na wschodzie niewielkie Suhardy, z przysłoniętym przez rodniański Ineul - Omulem. Usiadłem, jakby nagle zabrakło mi sił i wgapiałem się wodząc wzrokiem od jednej grupy górskiej do drugiej, co rusz wracając z powrotem, by napatrzeć się do syta i później, pod przymkniętymi powiekami, odtworzyć - jak na starej, sepiowej fotografii - wierzchołek za wierzchołkiem, przełęcz za przełęczą, dolinę za doliną. Mam ten widok teraz przed oczami...

     Przed Puzdrelami zgromadziliśmy się wszyscy na siodle. Ruszyłem na poszukiwanie wody. Za przełamaniem terenu, ciurkotało wesoło źródełko. Na bocznym odgałęzieniu, szybko (repede) urywającym się w niewidocznych już a pierońskich głębiach doliny, stał szałas pasterski. Pod wieczór ciągnęły do niego woły, a pasterze zganiali owce - znad dachu poczęła sączyć się leniwie ku górze srebrna nitka dymu.
     Po wieczornym udoju cziobanowie przyszli w gości do naszego biwaku pod granią. Rozpalili kawałkiem gumiaka wilgotne drewno i przyrządzili będący podstawą pożywienia tutejszych pasterzy posiłek: mamałygę, czyli klasyczną bryję. Smakowała jak huculska kulesza, choć nieco różniła się składnikami. Ogień buzował długo w noc a gadatliwi pasterze za nic mieli stare wierzenia, które czyniły pasterstwo wyłączną domeną mężczyzn. Według owych wierzeń do św. Piotra bowiem nie wolno było kobiecie wejść do stiny, jak również pasterze nie powinni w tym czasie utrzymywać stosunków z kobietami. Są też okolice, gdzie kobieta nie tylko nie może pomagać w gospodarce pasterskiej na szałasie, ale nawet sama jej obecność postrzegana jest za szkodliwą. Tymczasem Anka została obdarowana pękiem dorodnych szarotek. Było to tak naturalne, jak wszystko, co od niepamiętnych czasów dzieje się między mężczyzną a kobietą.

     Dopiero na Omulu, już w zachodzącym słońcu następnego dnia, przyszła chwila refleksji. Omul, to człowiek, ale z jakimś takim naciskiem na mężczyzna raczej niż niewiasta. I cały dzień był taki - rozdzielnopłciowy. Może spowodował to nieświadomie Jeremi, gnając bez opamiętania i zaliczając po drodze - jak mniemam, wyłącznie dla własnej satysfakcji - co popadnie, byle było w głównym grzbiecie i w miarę wybitne. Miał pozbawioną nawet szczypty odpowiedzialności łatwość zajmowania się sobą, swoimi dokonaniami, oblanymi egzaminami tatrzańskimi, nieudanymi związkami, na drugim miejscu stawiając sprawy wyjazdowej ekipy, gdy ta nie raczyła słuchać jego poleceń na temat rychłego wstawania i szykowania się do drogi. Czy stawianie problemu w sposób: nie słuchacie mnie, to ja też mam was w dupie, załatwiało cokolwiek?
     Nie pomogły fascynujące widoki z Puzdreli na głębiny Reped i wyniosłości Pietrosula - zmięte, niczym kartka oleodrukowego papieru, szybką decyzją dalszego marszu. Nie dziwota więc, że przerwa obiadowa nastała dopiero po gwałtownych protestach dziewczyn i trzeba było cofnąć się na przełęcz Gargalau, boć było to jedyne a urocze miejsce nadające się do tego celu. Nad wypływającym tuż spod grani strumykiem rozłożyliśmy nasze kucharzenie. Głusi na gniewne pomruki Jeremiego przedłużaliśmy chwilę poobiedniej sjesty i wpatrywaliśmy się z pewną dozą bezczelności w nasze towarzyszki podróży - w ciepłym słońcu myjące włosy i dokonujące cudów ekwilibrystyki, żeby utrzymać w czystości, nie odsłaniając przy tym (śmieszne - prawda? - czego tu się wstydzić?), intymne fragmenty swojego ciała. Wstydzić mogliśmy się sami. Nasze ablucje i ofiary składane bogini Hygienie polegały na totalnym ignoranctwie i rzadkim kontakcie z wodą. Fetor niemytych ciał i niepranych skarpet znaczył za nami szeroki ślad odczuwalny zapewne nie tylko przez zwierzynę. Na wierzchołek Omula - w bok, ale blisko, od grzbietu - dziewczyny nie wyszły. Bo i po co? Niech sobie chłopaki zdobywają swoje kolejne szczyty i kolejne kobiety, szukając daleko tego, co mają w zasięgu ręki.
     Rozłożyliśmy biwak płacąc absolutne frycowe. Następne siodło było wyżej i wydawało się być niegościnne. Fakt, niemniej niżej, w głębi zasłoniętego kanionu, kryło się miejsce wymarzone. Bieżąca woda, stawek z równą łączką, towarzystwo dwóch już postawionych namiotów. Cóż, kiedy skusiło nas nieznaczne wyrównanie stoków i cienki wypływ wody. Gdyby go nie było, z pewnością pociągnęlibyśmy jeszcze kawałek i ostatnia wspólna noc zostałaby w naszej pamięci jako coś istotnego. A tak? Każdy zajął się swoimi sprawami, izolując się od chłodu nocy i sąsiednich namiotów. Szkoda. Może nie zasłużyliśmy?


(3)

     Droga na Ineul, tak powietrzna i słoneczna, przepełniała mnie radością z niczym nie skrępowanego chodzenia po górach. Jeśli istnieje kwintesencja wolności, to jest nią również takie wypruwające resztki sił podchodzenie eksponowanym grzbietem na widoczny z daleka szczyt. Alegoria naszej drogi przez Rodniańskie; naszego całego życia - porównanie nazbyt śmiałe, bo któż wie, co się nam jeszcze może przydarzyć? - naszych planów, które zawsze mają szansę na realizację. Trzeba zacząć, po prostu chcieć, a reszta jest konsekwentnym dążeniem, poprzez przypadki sukcesów i niepowodzeń, które - jak sól potrawie - nadają życiu prawdziwy i niepowtarzalny smak.
     Czego szukamy błąkając się po górach, których Ziemia ma niezliczone ilości? Ekstazy na coraz to honorniejszych szczytach; widoków, które - jak wszystko - są ulotne; ucieczki od siebie, bo nasz charakter i wygląd nam nie odpowiada; zaspokojenia jakiegoś nieznanego popędu lub nigdy nie spełnionej ambicji? Na Ineulu przywiązano - napisałbym: przykrępowano - ordynarnym drutem do słupka szczytowego - krzyż. Utrzymany w konwencji regionalnej sztuki ludowej, z ramionami przykrytymi podwójnym daszkiem; z bliska - pokryty był barwną płaskorzeźbą Ukrzyżowanego. Budził nasze wzruszenie i zainteresowanie. Podobnie zresztą jak w dziełach sztuki było ono całkowicie powierzchowne. Krzyż - jako dzieło sztuki - zdobywał nasz poklask, ale dla fachowców, prawdziwych znawców, na pewno wydawał się kompletną tandetą. Pewne podobieństwo z postrzeganiem wartości w dziele sztuki wykazuje niewątpliwie proces budzenia się miłości. W obu przypadkach ktoś lub coś istnieje niezależnie od nas jako osoba lub rzecz. Musimy dopiero dostrzec szczególną jakość, która obiektywny przedmiot przekształci w naszych oczach w subiektywny element miłości lub dzieło sztuki właśnie. Dostrzeżona wartość jest jakością właściwą samej rzeczy. Kiedy myślimy o dziele sztuki - jest to zespół pewnych charakterystycznych właściwości artystycznych, który nam się podoba; w miłości - jest to coś bardzo tajemniczego, co w obdarzonej uczuciem osobie odkrywa najgłębsze pokłady naszej osobowości.
     Ineul był miejscem naszego rozstania. Postanowiłem z Markiem i Agnieszką zejść na Rotundę i tym sposobem naturalnie zakończyć przejście Rodniańskich od jednej granicznej przełęczy do drugiej. Ten umowny przecież podział zamykał Rodniańskie w symboliczną całość. A poza tym ładnie wyglądał w notatniku i zapewne musiał dobrze brzmieć w sprawozdaniach z wyprawy. Jeremi, dla owego pięknego zamknięcia gór w klamrze przełęczy, gotów był zostawić grupę. Sugestia, że powinien doprowadzić całość do kraju, nijak nie mogła dotrzeć do jego poczucia obowiązku. Marina spokojnie wyklarowała mu korzyści płynące z szybszego dostępu do kolei, więc nie pozostało nic innego do zrobienia, jak pożegnać się i zejść w dolinę, do Rodnej.
     Nie zaprzeczam, że moje motywacje i argumenty - za pójściem na Rotundę - były, co do swej istoty, podobne motywom kierującym Jeremim. Różnica była jednakże zasadnicza - nie byłem szefem tego wyjazdu. Także na prawach gości funkcjonowali w ekipie Agnieszka i Marek. Trudno mi również ukryć, że miałem już trochę dość w sumie licznej grupy z chaotycznym przywódcą. No i dochodziła do tego jeszcze ciekawość. Byłem ciekaw czy Agnieszka zdecyduje się porzucić swoje dawne ja, czy będzie zdolna opuścić Rumunię, zapomnieć język. Czy może odejdzie od Marka i wróci w swoje rodzinne strony w Bukowinie? Niestety, nigdy nie miałem zaspokoić swej ciekawości w tej kwestii.
     Z Rotundy, dziesięć minut po przyjściu, zjechaliśmy z przemiłym siedmiogrodzkim Niemcem w dół. Po godzinie bezskutecznego machania na przejeżdżające samochody, depnął po hamulcach, z ostrym piskiem opon, krępy, czarny Rumun w starym modelu "dacii". Na imię miał Dżiordżio i spieszył przez Borszę, Sygiet Marmaroski do Satu Mare. Trudno było uwierzyć w nasz szczęśliwy traf. Z Satu Mare odjeżdżały mikrobusy do Miszkolca na Węgrzech, a tam łapaliśmy linię kolejową do kraju przez Słowację. Niewiele przed północą, kilkadziesiąt kilometrów za Sygietem, w miejscowości Remeci, Dżiordżio stracił panowanie nad kierownicą. Wyrżnęliśmy w nadjeżdżającą z naprzeciwka ciężarówkę. Samochód poszedł przez dach na pobocze. Tylko ja byłem przypięty pasami do przedniego fotela. Kierowca wypadł przednią szybą i mocno potłuczony stracił przytomność na środku szosy. Marek wyleciał przez tylną szybę i został za samochodem. Pozbierał się szybko, podbiegł do kierowcy, a stwierdziwszy, że żyje i nie ma widocznych złamań, rzucił się w stronę dymiącej z silnika "dacii". Krzyczał jak opętany:
     - Agnieszka! Darek! Żyjecie!
     Odpiąłem się z pasów i wydostałem z kompletnie skasowanej karoserii. Straciłem okulary a na lewym ramieniu miałem krwawe chlaśnięcie. Agnieszka leżała zgnieciona dachem na tylnym siedzeniu i nie dawała znaku życia. Marek kopał nogami w blachy nie mogąc otworzyć tylnych drzwi. Z lewej dłoni i pod prawym kolanem ciekła mu krew barwiąc asfalt i zachlapując szybę samochodu. Nagle wszystko stanęło w ogniu. Ledwo dałem radę odciągnąć go od płomieni. Stojąc wśród zbiegowiska gapiów płakał z bezsilności, w końcu osunął się na klęczki wstrząsany szlochem, a koszulka na plecach powoli nasiąkała rozszerzającą się niepokojąco plamą ciemnej krwi.

W Zagórzanach, 4-7.9.2000

Tekst: Dariusz Dyląg
Fotografie: Paweł Jerzy Matuszyk

Dodane przez Jacek Wnuk dnia wrzesień 05 2008 15:26:13 1 Komentarzy · 8931 Czytań · Drukuj
Komentarze
Elmo dnia wrzesień 19 2010 16:04:06
Niesamowita historia! Brzmi jak fikcja literacka... Poruszające.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Online
Gości Online: 2
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch: 1,230
Nieaktywowany Użytkownik: 3
Ostatnio dołączył: Aninka
Wątki na Forum
Najnowsze Tematy
Remont dróg na Ukrainie
Pop Iwan - adaptacja...
Karpaty Bukowińskie
Karpaty Południowe
Bieszczady Ukraiński...
Najciekawsze Tematy
Fotozagadka [200]
Pop Iwan - adapta... [159]
Co myślicie o zlo... [145]
Dojazd własnym sa... [123]
Głos w dyskusji o... [89]
Reklama
Polecamy
Wydawnictwo Ruthenus
Portal Vincenzowski
Szukasz noclegu?
Noclegi KarpatyWschodnie