Karpaty Wschodnie - Ukraina, Rumunia - Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohora, Świdowiec, Hryniawy i Czywczyny
Strona główna · Noclegi · Artykuły · Wydarzenia · Fotogaleria · Do pobrania · Linki · ForumMaj 25 2016
Menu
Strona główna
Karpaty Wschodnie
Informacje praktyczne
Artykuły
Wydarzenia
Fotogaleria
Do pobrania
Linki
Forum
Kontakt
Szukaj
Ostatnie Artykuły
Karpaty Wschodnie Ja...
Album fotograficzny ...
Geologiczna podróż p...
Konserwacja szlaków ...
Mapa Czarnohora dla ...
Użański Park Narodow...
Szlaki turystyczne w...
Użański Park Narodowy
Huculska Izba Muzeal...
Czarnohora i Karpaty...
Akcja Świdowiec
III Karpacka Biesiad...
Ankieta
Czy popierasz inicjatywę znakowania szlaków w ukraińskich Karpatach?

Tak

Nie

Nie mam zdania

Losowe zdjęcie
Ostatnie chaty.
Ostatnie chaty.
Czarnohora
Ratownictwo
Ratownictwo
Pogoda w Czarnohorze
Szlaki
Facebook
Powódź w Karpatach Ukraińskich
Wielka Woda w Karpatach
Powódź w dolinie Czarnego Czeremoszu
Basia Zygmańska
(relacja subiektywna)

W terminie 19-27.07 prowadziłam dla BT „Wierchy” PTTK komercyjny obóz o nazwie „Huculskie Bacowanie”. Na obozie było 13 uczestników, dwóch praktykantów i ja jako przewodnik. Mieliśmy wcześniej zarezerwowane 5 noclegów (od poniedziałku do piątku) w hoteliku „Mariczejka” w Szybenem i planowaliśmy wyjścia na Skupową, Czywczyn, Popa Iwana i ewentualnie Stoh.
Przyjechaliśmy na miejsce bez przeszkód w niedzielę stosunkowo wcześnie, pogoda była piękna, istna sielanka. Niestety prognozy pogody przesyłane mi SMS-em przez kolegę nie wróżyły najlepiej. Niemniej w poniedziałek wyszliśmy na „rozgrzewkową” wycieczkę na Skupową. Jeszcze w ładnej pogodzie zdobyliśmy tą górę, widoczność ze szczytu była całkiem niezła ale już ze stoków Ludowej zgoniła nas gwałtowna burza. Skierowani przez mieszkańca wysoko położonego gospodarstwa wyszliśmy na drogę w samym Szybenem.
Kolejnego dnia wynajęliśmy ciężarówkę i wyjechali wcześnie rano pod Czywczyn, skąd po pokonaniu Czeremoszu po oryginalnym „wiszącym” mostku zaczęliśmy podejście na połoninę wzdłuż potoku Dobryń i jego dopływów.

Już na wysokości ok. 1300 m jeden z uczestników tak pechowo stanął na kamieniu, że mocno skręcił nogę w kolanie (jak się potem okazało nastąpiło zerwanie torebki stawowej). Najprostsze zejście z trudnego, zachaszczonego terenu prowadziło w górę – na połoninę. Tam mimo że widoczność nie przekraczała kilkunastu metrów szybko odnaleźliśmy szałas, w którym na chwilę schowaliśmy się przed deszczem i wiatrem i zjedli coś. Praktykujący na obozie „półprzewodnicy” zrezygnowali z wejścia na szczyt i rozpoczęli mozolne sprowadzanie poszkodowanego najkrótszą i najłatwiejszą droga do Doliny Czarnego Czeremoszu, poszedł z nimi również brat poszkodowanego chłopaka. Zejście około 600 m deniwelacji zajęło im w sumie ok. 5 godz. Reszta grupy wraz ze mną osiągnęła szczyt właściwie tylko „dla idei”, bo była mgła, dość silny wiatr i padająca bez przerwy obrzydliwa mżawka. Schodząc na dno doliny już niedaleko od końca ścieżki napotkaliśmy grupę sprowadzającą krok po kroku naszego „rannego”. Już na dole czekało nas jeszcze przeprowadzenie go przez Czeremosz. Tymczasem wysłani do przodu dwaj najszybciej chodzący uczestnicy obozu załatwili w Burkucie transport dla rannego (UAZ leśników), co pozwoliło oszczędzić mu sporo bólu. Jeszcze jedną przeszkodę – mostek w budowie pokonaliśmy na siedzeniach.
Z Burkutu do Szybenego zawiózł naszego kolegę Polak z Krakowa (nie wiem nawet jak ma na imię ale pisze pracę doktorską o polskich schroniskach w tym rejonie), za co chcę mu niniejszym serdecznie podziękować.
Reszta grupy maszerowała aż do Szybenego pieszo – ok. 15 km w coraz gęściej padającym deszczu. Niemniej humory wszystkim dopisywały i nikt się nawet nie przeziębił.
Całą środę zajęło nam suszenie butów, ubrań itd. Pogoda po porannych deszczach po południu poprawiła się, nawet wyszło słońce.
Niestety w nocy ze środy na czwartek nastąpiło kompletne załamanie pogody. Burza z ulewą trwała dosłownie 6 godz. Było to prawdziwe oberwanie chmury. Rano dosłownie nie poznaliśmy Czeremoszu, który mocno wezbrał i toczył wodę w kolorze ciemno brązowym. Niemniej ponieważ nawet nie padało postanowiliśmy wyjść na wycieczkę na Popa Iwana.
Tymczasem nasi praktykanci, kolega ze skręconym kolanem i jego brat postanowili wyjechać wcześniej i wracać już do domu (praktykanci po odstawieniu braci na granicę mieli czekać na nas we Lwowie). Jak się okazało już tego dnia nie dotarł do Szybenego autobus, gdyż mały potoczek w Jaworniku utworzył w drodze ogromną wyrwę. Niemniej nasi dzielni półprzewodnicy dali radę i dojechali na wieczór do Kołomyi. Podróżowali kilkunastoma środkami lokomocji, w tym w łyżce koparki.
Tymczasem podejście „tam i z powrotem” pod Popa Iwana trwało raptem 3 godz., gdyż po dojściu do ujścia potoku Pohorylec do Szybenego i podejściu grzbietem ok. 100 m deniwelacji wróciliśmy się. Zaczęło znowu lać, błyskać się, grzmieć. Jak się okazało decyzja o odwrocie była słuszna, gdyż tuż po południu przeszła kolejna długotrwała burza z silnym wiatrem i falą deszczu. Pod wieczór w naszym hoteliku pojawił się kierowca autobusu z Kołomyi, któremu udało się dojechać tylko do Jawornika, pozostałe 3 km przyszedł pieszo. Powiedział że aby się zabrać do Żabiego trzeba wyjść rano o 6 i dotrzeć pieszo na miejsce postoju autobusu, o 6.45 on wyjeżdża autobusem z Jawornika.
Bardzo denerwujący był brak jakiejkolwiek informacji z zewnątrz w tym również od naszych kolegów. W całej dolinie kompletnie zaniknął i tak wcześniej słaby zasięg GSM.
Oprócz nas nocowała w hoteliku grupa ukraińskich turystów, których dosłownie „spłukało” z gór. Znów przez całą noc trwała burza z piorunami i ulewnym deszczem. Na szczęście rano o 6 deszczu nie było. W drodze do Jawornika zagrodził nam drogę jeszcze jeden potok spływający ze zbocza, który wymył w drodze sporą wyrwę. Przekroczyliśmy go w butach i nie zawijając nawet spodni – po kolana w wodzie. Bardzo przydały się kijki trekkingowe.
Około 7 rano wyjechaliśmy autobusem z Jawornika. Wyjeżdżając nie wiedzieliśmy już zupełnie w jakim stanie jest po burzliwej nocy droga poniżej Jawornika.
Podróż do Żabiego trwała jedną godzinę, ale była to jedna z najdłuższych godzin w moim życiu. Na odcinku Jawornik – ujście potoku Dziemboronia było co najmniej 6 miejsc, gdzie Czeremosz po prostu wlał się na nisko położoną drogę i woda miała na niej głębokość około pół metra.

Kierowca jechał autobusem po tej mętnej, brązowej wodzie, nie wiedząc nawet jakie niespodzianki mogą się kryć pod nią, czasem przejeżdżał przez dość grube naniesione przez wodę pnie.
W okolicach Zełenego dotarły do mnie SMS-y od praktykanta, który wyjechał wcześniej z informacją, że dotarli szczęśliwie (choć okrężną drogą) do Lwowa, a bracia do Przemyśla.
Zaraz poniżej Dziembroni było ogromne błotne osuwisko, obok którego stal jakiś spychacz. Tutaj kierowca kazał wszystkim wysiąść, pasażerowie obeszli tą przeszkodę zboczem, a sam rozpędził się i przejechał autobusem po chyba metrowej grubości błocie, tuż nad brzegiem rwącego, brązowego Czeremoszu.
Potem jeszcze tylko kolejny przystanek i usuwanie kamieni, które spadły na drogę ze stromego zbocza, omijanie wyrw w szosie i w końcu wjeżdżamy do Ilci. Trasa zajęła nam jedna godzinę.
Po wyjściu z autobusu - kawa herbata i butelka koniaku dla wszystkich na dworcu w Żabiem. Pogratulowałam też kierowcy.
Do Kołomyi autobusy nie kursowały, bo osunęła się szosa przez Przełęcz Przysłop, więc zabraliśmy się autobusem wprost do Iwanofrankowska. Szosa była na całym odcinku przejezdna, natomiast widziałam w okolicach Tatarowa miejscami podmyte lub zasypane tory.
W Iwanofrankowsku przystopowało nas na dłużej bo autobusy do Lwowa w ogóle nie jeździły ze względu na rozlewiska i konieczne objazdy w rejonie Halicza, zaś pociąg z Czerniowiec opóźniony był ok. 3 godz.. W końcu jednak dojechał i już o 1 w nocy byliśmy (znów w ulewnym deszczu i burzy) we Lwowie. Tramwaje o tej porze nie kursowały, wiec poszliśmy pieszo, całe szczęście ze noclegi mieliśmy już zaklepane.
Tyle pisanej „na gorąco” relacji z powodzi. Proszę o wyrozumiałość.

Tekst i fotografie
Basia Zygmańska


Dodane przez Jacek Wnuk dnia lipiec 28 2008 20:37:25 1 Komentarzy · 8085 Czytań · Drukuj
Komentarze
Mieszko dnia sierpień 27 2008 16:52:29
Miałem okazje posiedzieć trochę w Czarnohorze tuż po "wielkiej wodzie",
nie wyglądało to najlepiej. Droga wzdłuż Dzembroni do ujścia do Czeremoszu praktycznie nie istniała (podobnie jak miejscami droga wzdłuż Czeremoszu )
żeby dostać się do Żabiego (Werchowiny) trzeba było iść piechotą, czasami w Kraśiniku można było złapać jakiś transport. Pomimo ciężkiej sytuacji miejscowa ludność nie dawała za wygraną. Kobieta która w Dzembroni prowadzi co pare dni chodziła po chleb i przynosiła go w plecaku. Część ludzi na własną rękę próbowała naprawić drogę (częściowo się to nawet udało).
Jak opuszczałem Czarnohorę to naprawą dróg zajmowały się już właściwe służby. Jest szansa że przed zimą wszystko wróci do jako takiego porządku.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Online
Gości Online: 3
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch: 1,197
Nieaktywowany Użytkownik: 2
Ostatnio dołączył: tierieszkowa
Wątki na Forum
Najnowsze Tematy
Dojazd własnym samoc...
Rumunia przez Ukrain...
Odbudowa polskiego o...
Bieszczady Wschodnie...
Czarnohora 11-19.06
Najciekawsze Tematy
Fotozagadka [200]
Co myślicie o zlo... [145]
Dojazd własnym sa... [122]
Odbudowa polskieg... [105]
Głos w dyskusji o... [89]
Reklama
Polecamy
Wydawnictwo Ruthenus
Portal Vincenzowski
Szukasz noclegu?
Noclegi KarpatyWschodnie