Karpaty Wschodnie - Ukraina, Rumunia - Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohora, Świdowiec, Hryniawy i Czywczyny
 Sierpień 12 2020
Menu
Strona główna
Karpaty Wschodnie
Informacje praktyczne
Artykuły
Wydarzenia
Fotogaleria
Do pobrania
Linki
Forum
Kontakt
Szukaj
Ostatnie Artykuły
Karpaty Wschodnie Ja...
Album fotograficzny ...
Geologiczna podróż p...
Konserwacja szlaków ...
Mapa Czarnohora dla ...
Użański Park Narodow...
Szlaki turystyczne w...
Użański Park Narodowy
Huculska Izba Muzeal...
Czarnohora i Karpaty...
Akcja Świdowiec
III Karpacka Biesiad...
Ankieta
Czy popierasz inicjatywę znakowania szlaków w ukraińskich Karpatach?

Tak

Nie

Nie mam zdania

Losowe zdjęcie


Połonina Równa
Ratownictwo
Ratownictwo
Pogoda w Czarnohorze
Szlaki
Facebook
Informacja w związku z RODO
Z dniem 2018.05.25 na stronie KarpatyWschodnie.pl zostaje zawieszona możliwość nowych rejestracji, dane personalne do tego dnia uległy zamazaniu (loginy, adresy email, zaszyfrowane hasła, miesce zamieszkania). KarpatyWschodnie.pl pozostaję w trybie do odczytu bez możliwości nowych rejestracji oraz logowania do kont istniejących.

Do aktywnej komunikacji zapraszamy na aktywny profil na facebook:

facebook.com/KarpatyWschodnie
Karpaty Wschodnie - Ukraina, Rumunia - Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohora, Świdowiec, Hryniawy i Czywczyny > Karpaty Wschodnie > Wyprawy
    
 Nazwa Użytkownika Zapamiętaj
 Hasło  
Zobacz Temat
Karpaty Wschodnie - Ukraina, Rumunia - Bieszczady Wschodnie, Gorgany, Czarnohora, Świdowiec, Hryniawy i Czywczyny | Karpaty Wschodnie | Wyprawy
Strona 1 z 3 1 2 3 >
Autor Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 12-06-2008 19:56
Pozwalam sobie otworzyć nową stronę bo pewne, dostępne mi materiały wspomnieniowe, warte przypomnienia, swoją treścią przekraczają wąskie ramy dotychczasowych stron i gdyby je na nich na siłę zamieszczać, należało by część materiału z nich pomijać jak to zresztą czyniłem niejednokrotnie dotychczas.
Na wstępie, z niewielkimi skrótami, zamieszczę artykuł wspomnieniowy Anny Nikliborcowej, zatytułowany "Wspomnienia turystyczne", pochodzący z Wierchów rocznik 1984.

Wspomnienia turystyczne.


Mieszkańcy Lwowa byli bardzo związani z Karpatami Wschodnimi. Bieszczady, Gorgany i Czarnohora stały się ulubionym terenem wycieczek letnich i zimowych. Młodzież zaprawiała się do turystyki niedzielnymi przechadzkami po otaczających miasto zalesionych wzgórzach, tworzących południową krawędź Roztocza Lwowsko - Tomaszowskiego. Dogodne połączenia kolejowe umożliwiały wypady do Sianek lub Sławska w Bieszczadach, do Doliny, skąd leśna kolejka mogła dowieźć w samo serce Gorganów - zagubioną w lasach Osmołodę, wreszcie do najdalszej Worochty, skąd szło się na Czarnohorę.
W okresie międzywojennym, gdy unormowały się stosunki po latach pierwszej światowej zawieruchy, gdy można już było kupić we Lwowie konieczne turystyczne wyposażenie, włóczęga górska stała się najmilszym sposobem spędzania wolnego od uniwersyteckich zajęć czasu. Oddział Lwowski Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego i Karpackie Towarzystwo Narciarzy skupiało miłośników turystyki letniej i zimowej.
Sprzęt letni był łatwiejszy do skompletowania i tańszy od wyposażenia narciarskiego. Najważniejszą, ale trwałą pozycją były mocne, skórzane buty koniecznie podkute, bo zwłaszcza Gorgany zawalone w szczytowych partiach głazami wymagały gwoździ, które zapobiegały ślizganiu się buta po kamienisku. Do butów konieczne były grube, wełniane skarpety, zapobiegające wszelkim otarciom i pęcherzom. Stopy smarowało się zapobiegawczo łojem salicylowym, dostępnym w każdej aptece. Krótkie spodnie ujęte pod kolanem, kolorowa flanelowa koszula, sweter i brezentowa, chroniąca od deszczu wiatrówka uzupełniały strój turystyczny z lat dwudziestych. Plecaki nosiło się ciężkie, trzeba było mieć własny koc, a nieraz i namiot, gdy trasa prowadziła w tereny niezagospodarowane lub gdy studencka kasa nie pozwalała na opłacenie schroniska. Do plecaka pakowało się też kocher z menażkami i manierkę z denaturowym spirytusem, no i naturalnie zapas pożywienia. Zasadniczo gotowało się na kocherku mamałygę, która obok suchej kiełbasy i bryndzy była podstawą turystycznej kuchni. Po kazdym posiłku piło się dużo herbaty. Ważyło to wszystko jednak dość, a rzemienie plecaka boleśnie uciskały ramiona i trzeba było nawet w upały podkładać pod rzemień na karku sweter, aby ulżyć zmęczonym barkom. W latach trzydziestych pojawiły się plecaki ze stelażem, najczęściej trzcinowym, a więc lekkim, znakomicie rozkładającym ciężar na krzyże i barki. Wielka to była ulga.
Bieszczady były latem mniej uczęszczane, ale i one miały swoich wiernych miłośników. Gdy na Dżurowym Żgłobie /1292m/ zbudowano piękne, nowe schronisko, zaczęliśmy jeździć na Zielone Święta do Sianek, stąd prowadził na Dżurowy Żgłob piękny szlak przez ukwiecone połoniny. Pamiętam, że brnęło się po pas wśród jeszcze nie skoszonych pachnących i barwnych kwiatów i zapach łąk długo pozostawał w pamięci. Na Dżurowym Żgłobie w schronisku czekały na turystów znakomite pstrągi, a na drugi dzień odbywało się koniecznie wycieczkę na pobliski Pikuj, skąd widok na słowacką stronę nagradzał za trudy.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 13-06-2008 13:53
Kontynuujmy materiał wspomnieniowy rozpoczęty w poprzednim poscie :

Bardziej jednak atrakcyjne w lecie od Bieszczadów były leżące nieco dalej na wschód Gorgany. Zalesione w dolnych partiach, chroniły cieniem wspaniałych świerków od upału przy męczącym podchodzeniu. W Gorganach przy "klauzie" Śwcy piękne schronisko wybudował niestrudzony działacz lwowskiej turystyki profesor Adam Lenkiewicz. Pachniało świeżym drewnem i było samo w sobie ulubionym celem wycieczek. Ale ambitnych turystów kusiły kamieniska najwyższych szczytów w Gorganach - Ihrowyszcza 1805m. i Sywuli 1816m., dostepnych od niezagospodarowanego małego schroniska, leżącego u ich stóp. Borewka oferowała turystom pryczę z narzuconą cetyną. Były to sprężyste gałązki kosodrzewiny, na które kładło się pokotem mając za całą pościel własne koce. Nie pamiętam, czy były wówczas w użyciu śpiwory. Przed schroniskiem w kocherku bulgotała mamałyga, było cicho i pięknie. Nie pamiętam kiedykolwiek na Borewce tłumu turystów.
Gdy słota i brak zapasów zmuszały do opuszczenia tego uroczyska, schodziło się przez Salatruk do Rafajłowej. Droga to była ciężka, prawdziwie "karpacka". Wybudowali ją Austriacy podczas pierwszej wojny światowej, a technika była mało skomplikowana. Żołnierze walili zrąbane i ledwo okorowane świerki w poprzek bagnistej ścieżki, która biegła wzdłuż potoku. Chodziło tylko o to, aby armaty nie grzęzły w trudnym terenie. Austriacy odeszli, droga pozostała w opłakanym stanie. Schodzenie a raczej skakanie po tych na wpół przegnitych balach było męczarnią. Podkute buty, które tak dobrze służyły na kamieniskach, tu ślizgały się niemiłosiernie i każdy krok groził upadkiem. Na szczęście w Rafajłowej czekała na wymęczonych turystów gościnna karczma Wundermanna i oczywiście wspaniałe pstrągi.
Najbardziej na wschód położone szczyty Gorganów, zamykające dolinę Prutu: Gorgan 1600m, Syniak 1666m i Doboszanka 1754m, były celem wycieczek letników goszczących w Jaremczu i Tatarowie. Częściej jednak widziało się ich nad rzeką niż w górach. Turysci w tych letniskach się raczej nie zatrzymywali. Przejeżdżało się tamtędy od Stanisławowa do Worochty, która była stacją wypadową na daleką, upragnioną Czarnohorę.
Ze Lwowa były bezpośrednie pociągi przez Stanisławów do granicznej Woronienki, Worochta była przedostatnim przystankiem na tej linii.
[.....] Na razie najmilszym celem wyprawy pozostawała Czarnohora. Latem z Worochty jechało się wąskotorową leśną kolejką przez Ardżeludżę do Foreszczenki. To była nasza właściwa stacja wypadowa. Dalej szło się pod górę leśnym "holwegiem" ( na próżno starano się zastąpić tę niemiecką nazwę "wądrożem"smiley. O ile liczyło się na schronisko, plecaki były lżejsze. Bardziej samodzielni turyści dźwigali koce i namioty, aby uniezależnić się od punktów noclegowych. Żywność i kocherki nosił każdy, bo na grani spędzało się zazwyczaj czas aż do zachodu słońca. Cóż to były bowiem za widoki !
Schronisk było w samej Czarnohorze za mojej pamięci trzy: najstarsze na Zaroślaku pod Howerlą (2058m), gdzie rządził pan Czuczewicz. Spotkaliśmy go po wojnie w Zakopanem na Kalatówkach i ucieszyliśmy się sobą. W bocznej grani, na Szpyciach, było nowsze i bardziej komfortowe schronisko zarządzane przez inż. Witolda Tyskiego, który wraz z żoną potrafił stworzyć tam przemiły klimat, ściągający coraz to większe grupy stałych gości. Najwytrawniejsi turyści docierali do dalekiego Popa Iwana (2026m). Tam witał ich gościnny pan Ziemblic, po wojnie osiadły pod Babią Górą na Markowych Szczawinach. Nie przeżyli tylko czasu zagłady państwo Tyscy, którzy licząc na opiekę zaprzyjaźnionych Hucułów, zginęli z rąk obcej bandy.
Było w Czarnohorze jeszcze jedno małe schronisko w kotle Gadżyny, w którym siedział samotnie rotmistrz Gaudin, inwalida z czasu pierwszej wojny.
Na północny wschód od Czarnohory było jeszcze schronisko na Kostrzycy (1595m). Piękny, stylowy okaz drewnianego huculskiego budownictwa, należało do harcerzy i szare mundurki uwijały się tam o każdej porze roku.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 13-06-2008 16:28
Podjętych wspomnień ciąg dalszy:

Ale my ciągnęliśmy przede wszystkim do Czuczewicza na Zaroślak. Wyszedłszy ze schroniska na położoną o kilkadziesiąt metrów wyżej polanę ze zrębem, można było podziwiać w całej okazałości bliską Howerlę (2058m) ze wspaniałym, groźnym kotłem. Wejście na szczyt było po prostu obowiązkiem kazdego turysty. Nie chodziło się na Pietrosa (2022m), który był już poza granicami Polski. Natomiast od Howerli kusiła graniówka: Breskuł (1956m), Pożyżewska (1822m), Dancerz, Rebra (1997m). Urokliwe, egzotyczne nazwy śniły się potem po nocach. Można było zboczyć na Szpyci i złożyć wizytę Tyskim, albo iść dalej mijając Brebenieskul (2036m), Gutin Tomnatik (2018m), by dojść do dalekiego Popa Iwana (2026m), gdzie czekał pan Ziemblic z herbatą. Trzeba było tam zanocować, gdyż jednym dniem trudno było obrócić w obie strony. Kogo nie było stać na nocleg w schronisku, a nie nosił na plecach namiotu, mógł korzystać z powojennych pozostałości. Tak zwane "unterstandy" - wojskowe schrony austriackie, wkopane w ziemię, z drewnianym dachem okrytym darnią, mogły zabezpieczyć przed deszczem.
[....] Byli tacy, którym wystarczała Czarnohora, przemierzana wielokroć dolnymi ścieżkami lub granią. Na szczycie siedziało się godzinami z żalem schodząc, gdy zapadał zmierzch i trzeba było myśleć o noclegu. Ale wielu gnało dalej. Za Popem Iwanem kusiła głęboka, chłodna klauza Szybeny na Czeremoszu, kąpiel w niej była niebezpieczna i ze względu na temperaturę i na głębokość.
Po dokładnym spenetrowaniu Czarnohory trzeba było wracać do Worochty, czasem przez Kukul (1542m). Zapasy żywności kończyły się i należało odnowić je przed dalszą wędrówką. Kusiło piękne Żabie, rozległa wieś huculska nad Czeremoszem. W Żabiem Ilci było nad rzeką schronisko, w Żabiem Stupejce znany zajazd Gaetnera, zawsze gościnnie przyjmujący zamożniejszych turystów. Nasyciwszy oczy cudownym huculskim folklorem, można było wybrać się z Żabiego na dalszą wędrówkę. Graniczne tereny na wschód od Czarnohory nie były zagospodarowane i niektórzy wędrowali tam z koniem. Huculski mały konik, niesłychanie wytrwały, dźwigał posłusznie plecaki, koce i namioty. Pustka była absolutna, można było całymi dniami nie spotkać żywej duszy. Z Żabiego szło się tak szczytami wzdłuż Czarnego Czeremoszu. Przez Krętą (1352m), Skupową (1583m) i Ludową (1466m) dochodziło się do Burkutu. Było to zagubione na odludziu małe uzdrowisko ze wspaniałą wodą, mało na ogół jeszcze znane w Polsce.Dalej na wschód, przez pokryty bujną kosówką Czywczyn (1766m), dochodziło się do Hnitessy (1762m) i tu był koniec wędrówki.
Wspaniałe to były wakacje. Połonina, zdawało się bez kresu, na horyzoncie falujące plany górskie, nad nimi niebo i kołujące jastrzębie. Było ambicją posiadaczy aparatów fotograficznych, aby na kliszy ( filmy jeszcze były rzadkością ) złapać na raz trzy jastrzębie. Udało się to Feliksowi Haczewskiemu i odbitki pięknego zdjęcia kursowały wśród przyjaciół. Napotykane od czasu do czasu owce i samotne huculskie staje dodawały uroku tej niezapomnianej wędrówce.
Latem Czeremosz kusił jeszcze czymś innym. Z prądem rzeki sunęły daraby - tratwy, którymi Huculi spławiali drewno z czarnohorskich lasów. Skuszeni nadzieją papierosów pozwalali chętnie skoczyć z brzegu z plecakiem, o ile daraba podpłynęła dość blisko. Nie była to komfortowa jazda z ławeczkami jak na Dunajcu, ale o ileż więcej emocji i uciechy. Gdy groziła zahata, to znaczy spiętrzenie drewna, Huculi wołali: " na bereh, na bereh " i trzeba było szybko chwytać plecak i - póki czas - skakać na brzeg, bo groziło to niebezpieczną kąpielą, a nawet śmiercią pod tratwą. Gdy zbyt wielu turystów zaczęło się napraszać, a owe igraszki stały się nagminne, zarząd lasów zorientował się, że zabawa ta może kosztować zbyt wiele kłopotu i wydano surowy zakaz. Tak więc skończyła się jazda na darabach.
Były jeszcze inne możliwości spędzenia letnich urlopów. Kto miał przepustkę , a nie było o to trudno dzięki konwencji turystycznej z Czechosłowacją, wybierał się na słowacką stronę. Było kilka możliwości. Nęciły nas wypady na południe od Bieszczadów, Gorganów i Czarnohory.
Stacją graniczną na linii Lwów - Stryj - Sławsko był Beskid, skąd szło się na połoninę Borszawa, której najwyższym szczytem był Stoh (1679 m), piękny, wyniosły, górujący nad polskimi Bieszczadami. Był jeszcze drugi Stoh (1655 m) daleko na wschodzie, na południe od Popa Iwana, ale tam nigdy nie dotarłam.
Ci turyści, którzy wybrali linię Stanisławów - Worochta, chcąc się dostać na słowacką stronę, dojeżdżali do Jasiny. Stamtąd wiódł szlak w Karpaty Marmaroskie. Było tam pod Żerbanem małe słowackie schronisko z podwójnym rzędem prycz z cetyną. Skalisty Żerban i wyższy od niego Pop Iwan Marmaroski (1940 m) zaspakajał ambicje turystyczne, a widoki - o ile trafiło się na pogodę - były przepiękne. Liczyło się zawsze, ile planów górskich można było dostrzec w bezkresnej dali.
Chodziliśmy też na zachód od Jasiny, tam ciągnęło się pasmo Świdowca ze schroniskiem pod Bliźnicą (1833 m), gdzie można było zatrzymać się na kilka dni.
Bardziej przedsiębiorczy turyści korzystali przez pewien czas z cichej umowy polsko - rumuńskiej , która - nieformalnie - doszła do skutku za osobistym staraniem niestrudzonego profesora Adama Lenkiewicza. Można więc było przedostać się przez granice do rumuńskiego miasteczka Borsza, nad którym wznosił się potężny Pietrosul (2305 m), najwyższy szczyt tzw. Alp Rodniańskich. Być w Rodnej - tak się skrótowo mówiło - to już było pasowanie na wyższy stopień karpackiej turystyki. Nie każdemu było to dane, gdyż po pewnym czasie cicha konwencja przestała być aktualna. Ale kto zdołał z niej skorzystać, przechował na zawsze w pamięci wspomnienie przepięknej, doprawdy pierwotnej przyrody.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 13-06-2008 19:55
W kolejnym, czwartym poscie , ze znacznymi skrótami, zamieszczam ostatnią część wspomnień Anny Nikliborcowej, dotyczącą turystyki zimowej.

Karpackie Towarzystwo Narciarzy zostało założone jeszcze przed pierwszą wojną światową, gdy mówiło się na narty ski i jeździło się z jednym, wielkim kijem bambusowym.
[....] Pierwsi narciarze przebyli szczęśliwie wojenną zawieruchę i patronowali w latach dwudziestych masowemu ruchowi, który postawił na " deski " lwowską młodzież. Odbudowane w Bieszczadach, w Sławsku, schronisko narciarskie założone przez profesora Zygmunta Klemensiewicza, stało się celem niedzielnych wypadów przez całą zimę.
[....] Przez całą zimę, co niedzielę, były specjalne pociągi do Sławska, zwane
" narty-bridge". Wyjeżdżało się o szóstej rano. W schronisku czekał gościnny
" Szczepcio " - pan Szczepan Witkowski z gorącą herbatą i dobrze zaopatrzonym bufetem. Wycieczek było możliwych kilka. Najbliżej schroniska była przełęcz Przysłop ( 990 m ), skąd zalesiony stok wiódł na stromą piramidę Trościanu
( 1235 m ). Od kamiennego słupa na szczycie prowadziły wspaniałe zjazdowe szlaki. Najpiękniej było zjechać na Orszowiec, skąd przygodnie, chłopskimi saniami można było wrócić do schroniska. Druga wycieczka wiodła na Ilsę ( 1066 m ) i
Pliszki (1038 m ), na szczycie można było napić się u chłopa gorącego mleka. Zjazd z Pliszek był bardzo stromy i wybierali go wprawniejsi narciarze. Łatwiej było zjechać przez Ilsę, skąd już blisko było do ciepłego schroniska. Mrozy były tęgie, najczęściej po kilkanaście stopni, a jak dmuchał przy tym lekki wiaterek, trzeba było grubo smarować twarz, aby nie zbielała od mrozu.
Najpiękniejsza była wycieczka na Wysoki Wierch ( 1245 m ). W połowie drogi, na Kazanowcu była chata z gorącą herbatą. Tam zaczynał się wspaniały stok zwany
" akademickim ", który prowadził do piramidy szczytowej. O ile trafiło się na pogodę, nasycony błękit nieba, świeży puch na twardym podkładzie, południowe słońce nad głową i rozkosz zjazdu szerokimi " alpejskimi " łukami zostawiały wspomnienia na całe życie. Była to niewątpliwie najpiękniejsza wycieczka narciarska w Sławsku.
Do Sławska można było obrócić jednym dniem. Na Czarnohorę trzeba było mieć więcej czasu. Dojazd do Worochty zabierał sześć godzin, a z Worochty dopiero na drugi dzień docierało się na Zaroślak. Ale nie zawsze trafiało się na Zaroślak. Gdy rankiem z Worochty widać było kłębiące się na dalekim horyzoncie czarne chmury, mniej ambitni woleli wybrać się na bliższą, niżej położoną, a tak piękną Przełęcz Tatarską na zachód od Worochty. Jej skromna wysokość ( 931 m ) gwarantowała lepszą pogodę i przeważnie jeździliśmy tam w pełnym słońcu. Droga wiodła przez cudowne, doskonale zaśnieżone łagodne stoki Seredynki lub Perechrestu. Po drodze deski niosły same przez huculskie staje, czworoboki z szeroko otwartymi dwiema bramami. Droga prowadziła przez sam środek zagrody. Pilnował stai kudłaty kundel, obszczekujący zajadle jadących. Zdołał zazwyczaj dopaść tylko mnie. Dostawało się często moim butom lub nogawkom, a kły kundel miał ostre i nie reagował na życzliwe wołania " Brysiu, ty mene ne piznał ? "Nie poznawał i chwytał. Na przełęczy witał nas wspaniały widok na Howerlę i Pietrosa. Cudowny skrzący się w słońcu puch zapraszał do jazdy, długo zazwyczaj kołowaliśmy szerokimi łukami po łagodnie nachylonym, bezpiecznym stoku. Żal było wracać.
Ale gdy zapowiadała się pogoda nad Czarnohorą, wszyscy ciągnęli pod Howerlę. Schronisko na Zaroślaku, stara drewniana buda, było obszerne i ciepłe. W kamyczkowych, bielonych piecach trzaskały polana, hucułki biegały z naręczami drewna lub z konewkami gorącej wody, bo jedyną sposobnością do umycia się były duże miednice w każdej sypialni. Prymitywny " sanitariat " mieścił się o kilkanaście kroków za schroniskiem, przy drewutni, a stan jego był raczej opłakany.
W obszernej jadalni na parterze schroniska gromadzili się narciarze przy gorącej herbacie, a bufet był zawsze doskonale zaopatrzony : kasza z mlekiem, bigos, pieczeń z buraczkami, kiełbasa na gorąco i każda porcja obliczona na młode apetyty po wycieczce. Sala huczała wieczorem od opowiadań o " wyrypach ".


Edytowane przez ju*****ny dnia 13-06-2008 20:01
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 15-06-2008 11:11
Tematem kolejnego postu będzie postać Karola Gaudina. Wzbudzała ona w swoim czasie spore zainteresowanie autorów kilku postów, były głosy że właściwie to nic o Nim nie wiemy.Część zamieszczonego poniżej materiału już w swoim czasie podałem na innej, " konkurencyjnej " stronie poświęconej starym schroniskom.
Pozwolę sobie przedstawić tym razem całą notatkę biograficzną, zamieszczoną w
" Materiałach do biografii ludzi gór " w ' Wierchach " z 1994 roku.
Wspomnienie opracował Witold Waszczuk na podstawie wspomnień i relacji Elżbiety Gaudin.

Karol Gaudin urodził się 28 października 1898 r. w Trembowli k. Tarnopola na Podolu, w mieszczańskiej rodzinie, jakich wiele było na ziemiach dawnej, wielonarodowościowej Rzeczypospolitej. Rodzina jego ojca pochodziła z Francji, rodzina matki, z domu Rabatin - z Węgier. Sam Gaudin zaświadczył o swej polskości uciekając jako uczeń gimnazjalny do formujących się Legionów i biorąc udział w I wojnie światowej oraz wojnie polsko - rosyjskiej jako kawalerzysta. Dwukrotnie ranny, za zasługi bojowe został awansowany do stopnia rotmistrza
( w wieku 19 lat !) oraz odznaczony medalami legionowymi i Krzyżem Virtuti Militari II kl. Wojsko opuścił w 1923 r. Zmusiła go do tego nabyta w trakcie wojennych lat gruźlica. Dopiero klimat Zakopanego sprawił, że choroba została zatrzymana. To przesądziło o reszcie życia Karola Gaudina. Został " skazany " na góry. Początkowo prowadził pensjonat " Jarczysko " w Jaszczurówce, w Zakopanem, a około 1928 roku PTT zaproponowało mu posadę kierownika schroniska turystycznego na Zaroślaku pod Howerlą w Czarnohorze. Po kilku latach
" gazdowania na cudzym " Gaudin kupił kawałek polany od gospodarza nazwiskiem Szlusarczyk z Gadżyny i zaczął w 1934 r. budowę swego własnego schroniska -
schroniska Gadżyna. Schronisko, zaprojektowane przez inż. Tadeusza Rajtera
gotowe było w 1938 r. Od razu stało się bardzo popularne i w znaczący sposób wzbogaciło sieć polskich schronisk turystycznych na północnych stokach Czarnohory. Schronisko - duży drewniany, piętrowy budynek na wysokiej kamiennej podmurówce, ładnie komponujący się z otoczeniem, określane w materiałach reklamowych jako Dom wypoczynkowy w Gadżynie, położone było na wysokości 1175 m n.p.m. na polanie, w bocznym grzbiecie odchodzącym od głównej grani Czarnohory.
Gaudin nie ograniczał się tylko do kierowania obiektem. Jego pasją były letnie górskie wędrówki, narciarskie włóczęgi i wędkowanie w górskich potokach. Wszystko to wydatnie wzbogacało ofertę schroniska i sprawiało, że gospodarz był przemiłym kompanem górskich wędrówek, lubianym także przez ludność miejscową, obojga płci.
We wrześniu 1939 r., po wkroczeniu Armii Czerwonej, Karol Gaudin został aresztowany i uwięziony. Uwolniony po pewnym czasie, być może na skutek interwencji miejscowych Żydów, pozostawał do 1944 r. w Worochcie, od nowa niemal budując swoje życie ( prawie wszystko pozostawił na Gadżynie, ze schroniska zabrał tylko czajnik i książkę kucharską - narzędzia pracy
" w gastronomii"smiley. Pracował w pensjonatach i w miejscowym tartaku. Wywieziony do Niemiec, w 1945 r. powrócił, już nie w swoje strony, lecz zawsze także w góry - osiedlił się bowiem w Muszynie. Początkowo pracował przy budowie, a potem kierował tartakiem. W tym okresie w muszyńskim nadleśnictwie pracowało wielu uchodźców z Huculszczyzny, m.in. znajomi Karola Gaudina z Worochty - Tadeusz Petrowicz i Michał Witkowski.
Przez całe lata związany z lasem i górami ( od roku 1951 z Rejonem Przemysłu Drzewnego w Starym Sączu ), w przemyśle leśnym pracował do roku 1960. Umarł 13 stycznia 1970 r. Pochowany został na starym cmentarzu w Starym Sączu. Pozostawił po sobie wdzięczną pamięć najbliższych, trochę fotografii i wspomnień - jeszcze jeden z tych, którzy tworzyli polską turystykę w Karpatach Wschodnich.


Poniżej, dwa zdjęcia pochodzące z cytowanego artykułu, ze zbiorów Elżbiety Gaudin. Na zdjęciach schronisko Gadżyna oraz Karol Gaudin.
Trzecie ze zdjęć, z ruinami schroniska, pochodzi z 1997 roku.







Edytowane przez ju*****ny dnia 15-06-2008 11:16
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ga*****ys
Użytkownik

Avatar Użytkownika

Postów: 56
Data rejestracji: 01.06.07
Dodane dnia 15-06-2008 15:34
nie lepiej z tego jakis artykul zrobić ??
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 15-06-2008 16:53
Zamieszczony poniżej, ze skrótami, materiał wspomnieniowy, opracowany przez Kazimierza Przybosia, pobrany został wraz ze zdjęciami z " Wierchów " rocznik 1986. Jest to opis odbytej w lipcu 1929 roku wycieczki w Czarnohorę, sporządzony przez jej uczestnika, Tadeusza Szantrocha.

Tadeusz Szantroch urodził się 19 kwietnia 1888 r. w Tarnopolu jako syn Rudolfa, profesora gimnazjalnego i Walentyny z Nowakowskich. Rodzina ojca wywodziła się ze starej emigracji hugenockiej, która opuściła Francję i osiedliła się w Polsce oraz w Czechach. Szantroch ukończył gimnazjum w Nowy Sączu i rozpoczął studia filozoficzne, najpierw na uniwersytecie w Wiedniu, a od 1912 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie w 1912 r. uzyskał absolutorium. Po studiach podjął pracę jako nauczyciel gimnazjalny w Trembowli. W 1914 r. został zmobilizowany i 15 sierpnia tego roku wyruszył na front z 13 cesarskim i królewskim pułkiem piechoty z Krakowa. W wojsku austriackim służył do 1918 r. W 1917 r. został trzykrotnie ranny na froncie rosyjskim w Beskidzie Lesistym, stracił oko. W 1918 r. jako rekowalescent znalazł się w Krakowie. 31 października 1918 r. uczestniczył w wyzwalaniu Krakowa spod okupacji austriackiej a w latach 1918 - 1921 służył w wojsku polskim. Wojnę zakończył jako kapitan rezerwy. W czasie wojny wydał dwa tomiki poezji. Po zwolnieniu z wojska Szantroch powrócił do zawodu nauczyciela, ucząc kolejno w gimnazjach w Mielcu, Bochni, Myślenicach, a w latach 1923 - 1930 w Wadowicach, następnie do 1939 r. w Krakowie.
[....] Pod wpływem Zegadłowicza, wówczas dyrektora Polskiego Radia w Poznaniu, w 1929 r. Szantroch podjął współpracę z poznańską rozgłośnią Polskiego Radia. Tekst audycji o wędrówce po Czarnohorze Szantroch wygłosił 29 sierpnia 1929 r. - była to jedna z pierwszych audycji radiowych poswięconych górom.
[....] W 1939 r. Szantroch zgłosił się do wojska, jednak w kampanii nie wziął już udziału. Jesienią 1939 r. przystąpił w Krakowie do konspiracji. Aresztowany przez Niemców 22 maja 1941 r. przeszedł przez więzienia przy ul. Montelupich i ul. Pomorskiej w Krakowie, a stamtąd 20 sierpnia 1941 r. został przetransportowany do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. W obozie, oznaczony numerem 20106 zginął 23 marca 1942 r. Symboliczny nagrobek ma Szantroch w grobowcu rodziców na starym cmentarzu w Tarnowie.
Tekst audycji Szantrocha o wycieczce w pasmo Czarnohory odnaleziono podczas porządkowania archiwum rodzinnego jego córki, Krystyny Wąchalewskiej. Napisany jest ołówkiem ręką autora ( z podpisem ) z licznymi poprawkami i skreśleniami na 38 ponumerowanych kartkach z zeszytu szkolnego. Według zapiski autora na pierwszej karcie odczyt został wygłoszony przez radio w Poznaniu 29.VIII.1929 r. Ten sam tekst z nieznacznymi skrótami ( ale ze zmienionym tytułem na Na Połoninach Czarnohory - film pejzażowy ) został wygłoszony przez autora
15.VIII.1930 r. w rozgłośni radiowej w Krakowie.

[....] Góral Podhalanin ma wiele cech wspólnych w różnych dziedzinach z góralem Hucułem spod Czarnohory, a jeżeli pamiętać będziemy o tym, że pierwszy uchodzi za rasowego Polaka, a drugi mieszka już dość głęboko na Rusi, to przecież nie możemy zapominać i o tym, że ruskie wioski sięgają aż po Nowotarszczyznę w okolicach Pienin i że wyrazy " koliba " i " watra " u hucuła na połoninie oznaczają to samo co w ustach górala na Hali Smytniej w dolinie Kościeliskiej.Występuje więc pewna rasowa jednolitość u mieszkańców gór, którzy odcięci od życia dolin zachowali pierwotną jedność swego pochodzenia, gdy tam, gdzie życie toczyło się warciej - przemiany jego wyraziły się większym zróżnicowaniem regionalnym. To wszystko złożyło się na moje zainteresowanie Beskidem Wschodnim i doczekawszy się wakacji ruszyłem ku nim znalazłszy towarzysza wycieczki w sympatycznym, młodym bo 18 - letnim arbituriencie jednego z zachodniomałopolskich gimnazjów.Opatrzeni w dobrze wypchane plecaki opasane kocami i płaszczami, uzbrojeni w tęgie laski, dotarliśmy pociągiem przez Lwów i Stanisławów do Worochty. Z Krakowa wyjechaliśmy dnia 11 lipca przy dobrej pogodzie nie wiedząc nic o tym, że na wschodzie deszcz lał już od kilku dni bezustannie. Powzięliśmy już poprzednio plan przejazdu od Worochty do Foreszczenki kolejką wąskotorową. Stamtąd mieliśmy udać się przez Zaroślak na Howerlę, skąd szczytami do Popa Iwana, by zejść potem do Burkutu, o którym wyczytałem, że leży 1000 metrów nad poziomem morza u stóp Czarnohory w otoczeniu tysiąca morgów lasu nad jeziorem Szybeny. Plan nie dawał mi spać już do dawna. Tym bardziej, że potem następowała skromna uwaga, że odległośc jego od najbliższej stacji wynosi 60 km. Z Burkutu mieliśmy przedostać się do Żabiego, by tam, wsiadłszy na duraby, czyli spławy drzewne, puścić się Czeremoszem do Kosowa i w tym jednocześnie centrum Huculszczyzny zakończyć wycieczkę. Monotonną podróż do Stanisławowa wynagrodziły nam sowicie widoki, jakich dostarczyła w dalszym ciągu dolina Prutu. Tor kolejowy wijący się w niesłychanych zakrętach nad wodospadami szumiącą rzeką, śród lesistych zboczy górskich, białe kamienne wiadukty spiętrzone w gigantycznych łukach nad rumowiskiem skalnym łożyska Prutu, bryzgi wody spienionej w podskokach szaleńczych z głazu na głaz, to znów ciemność długich tuneli przebijających góry, czynią podróż tę niesłychanie urozmaiconą tak, że trudno oderwać wzrok od szyby wagonu wobec cisnących się ze wszystkich stron piękności i widoków. Tak mijamy Dorę, Jaremcze, Jamną, Mikuliczyn, Tatarów. Niestety cuda te przesłania nam nieustanny deszcz. Po Prucie, który wystąpił z brzegów i groźnie warcząc tu i ówdzie pozrywał mosty na gościńcach, poznaliśmy, że ulewa była długotrwała i że jej skutki mogą być groźne. Nieodparty urok srebrzystości wód błyszczących w słońcu pogody, zastąpił posępny rozmach rozszalałego żywiołu. Mimo to stacje i stacyjki pełne były wrzasku letników hullesujących zawzięcie. " Hulles " to okrzyk jakim witają się i żegnają w tych stronach letnicy. Etymologia tej formy pozdrowienia jest dość oryginalna. Kiedy bowiem pewnego lata niejaki starozakonny pan Hulles wybrał się do rodziny na letnisko i zmęczony podróżą zasnął, zacna żona jego, nie widząc go śród wysiadających z pociągu pasażerów biegała z córkami i synami od wagonu do wagonu i wszyscy krzycząc głośno nazwisko ojca obwieścili światu poszukiwanie zaspanego taty. Pan Hulles wtedy obudził się i ucieszył najbliższych swą osobą. Odtąd jednak stale przy każdej sposobności wszyscy krzyczą " Hulles ", a kiedy pociąg na jakąś stację zajeżdża lub odjeżdża wrzawa się czyni piekielna z tym nazwiskiem. Państwo Hullesowie na pewno jednak już tam nie przyjeżdżają.
Wreszcie Worochta. O ile Jaremcze z daleka już połyskiwało bielą wylakierowanych pensjonatów, kwadratami kortów tenisowych, Worochta ujmuje od razu szczerością swej bezplanowości. Dla turystów jest nocleg zapewniony w Dworku Czarnohorskim, dokąd też od razu się udajemy. Dworek przepełniony jest lamentami wszystkich na niepogodę trwającą już od tygodnia. Pokazało się, że i my musieliśmy trzy dni poczekać. Wreszcie doczekaliśmy się jakiej takiej pogody. Poniedziałek dnia 15. Co chwila zaglądaliśmy na niebo, które zachowywało się bardzo zmiennie, raz obiecując deszcz dalszy, kilkudniowy, to znów błyskając zapowiedzią błękitnej pogody. Ostatecznie stawiamy na los szczęścia i postanawiamy wyruszyć.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 15-06-2008 21:12
Kontynuuję materiał rozpoczęty w poprzednim poscie.

Projektowany przejazd 14 km kolejką wąskotorową do Foreszczenki odpada, gdyż - jak nas informują - tor na dziesiątym kilometrze jest zepsuty. Bierzemy więc nogi za pas i posuwamy się wzdłuż toru, marszem co prawda z powodu dość znacznego obciążenia plecaka niezbyt forsownym. Po lewej stronie toru biegnie wąski gościniec, a za nim toczą się strugi Prutu po cienistych jarach. Towarzysz mój wydaje co prawda okrzyki zachwytu, gdy odstawiwszy gałęzie zobaczy jakieś wodospadowe cudo. Niestety aparatem fotograficznym nie dają się te zakątki objąć, zasłonięte zadrzewieniem na skalistych urwiskach. Wreszcie ukazuje się oczom naszym jako cudowne zamknięcie krajobrazu wprost u wylotu toru kolejowego wspaniały widok Howerli. Zjawia się on dość niespodziewanie, dotychczas bowiem naokoło widać było tylko mniejsze wzniesienia.
[....] Spieszymy się dalej. Wzdłuż toru ciągną się wspaniałe łąki o bujnych chybocących się trawach wysokich do pół metra. Za nimi kępy drzew liściastych i iglastych, a dalej lasy i lasy, dla których trzebieży zbudowano tę właśnie kolejkę. Mijamy długie wzdłuż toru składy drzewa. Dotarliśmy do Foreszczenki, stacyjki końcowej. Należy nam się słuszny wypoczynek. Rozkładamy się popasem nad szumiącym strumieniem, a zakupiwszy w gajówce dwa litry mleka kwaśnego raczymy się nim. Upojeni pogodą, słońcem, rzeźwością powietrza i własnym zadowoleniem z siebie po godzinnym wypoczynku zaczynamy wspinać się na Zaroślak, gdzie stoi jedyne na Czarnohorze schronisko Towarzystwa Tatrzańskiego. Tablice orientacyjne informują, że do schroniska jest jeszcze 1 1/2
godziny, a na Howerlę 5 godzin. Znaki żółte pojawiają się tu i ówdzie niezbyt często, ale drogę trudno zmylić, gdyż innej nie ma. Prowadzi ona lasem-puszczą pierwotną. Nowe drzewa rosną na gnijących, zwalonych, śród głazów omszonych chwieją się pióropusze ogromnych paproci. Wilgoć trzyma się jeszcze po niedawnych deszczach i zapadamy się co chwila w doły pełne błota.
" Dżungla " wykrzykuje mój młody towarzysz, który każdemu odcinkowi drogi nadaje nazwy od własnych wrażeń. Zostawiamy po lewej ręce wysoko już położoną placówkę straży granicznej i pnąc się już wyraźnie w górę, a stale mając Prut po lewej ręce, dochodzimy wreszcie do schroniska na Zaroślaku, którego piętro jest właśnie na ukończeniu. Zastajemy tam, mile zdziwieni, dwie czy trzy przystrojone dziewczęta obsługujące w białych fartuszkach i czepkach na głowie, u których zamawiamy natychmiast obfity posiłek, a po spożyciu go, odsapnąwszy zaledwie, wybieramy się do źródeł Prutu. Howerla z Zaroślaka przypomina zupełnie Babią Górę, od której jest wyższa, lecz mniejsza znacznie w masywie. Przekroczywszy przez strugę Prutu zbliżamy się wciąż pod górę do wału skalnego, z którego toczy się wspaniały wodospad Prutu u stóp samej Howerli. Srebrzysta z daleka nitka wody przemienia się w szeroką szarfę o znacznej długości pionowo w powietrzu zawieszoną. Siadamy na jakimś głazie opryskiwani wodnym pyłem. Dotarliśmy jakoby do źródeł rzeki, która pod Dorą i Jamną niosła się w spienionych skokach, zbełtana, mętna, zrywająca mosty - potężna masa wody. Tutaj zawieszona jest jak fantazja poety na tle czarnych lasów i górskiej panoramy. Zmierzywszy się okiem z małą a nad nią z dużą Howerlą wracamy do schroniska. Gospodarz jego, były oficer legionowy, okazuje się moim znajomym. Siedząc na werandzie dworku gawędzimy o tym i o owym. Dowiadujemy się, że w najbliższym sąsiedztwie schroniska leży stacja botaniczna, której zadaniem jest badanie flory czarnohorskiej i robienie doświadczeń nad sposobami używania ogromnych tutejszych połonin, czyli hal, na których wypasają się liczne stada owiec i krów. Połonin tych jest coś około sto pięćdziesiąt, a wszystkie rozległością przewyższają o wiele hale tatrzańskie. Dowiaduję się, że flora jest tu bardzo bogata i bardzo rozmaita, fauna natomiast dość uboga. W rewirze Foreszczenki przebywają jednak jeszcze cztery niedźwiedzie i jedenaście jeleni. Rogaczy natomiast prawie że nie ma. Z roślin ciekawszych pokazuje mi gospodarz pidojmę ( polska nazwa Zerwa ). Odwar z jej korzonków jest używanym powszechnie huculskim afrodisiacum.
Informuję się o szczególy naszej wytyczonej drogi, przy czym głównie chcę dowiedzieć się czegoś o Burkucie. Niestety nikt nic nie wie i gospodarz radzi mi poczekać na dra Wilczyńskiego - kierownika stacji botanicznej, który ma wieczorem wrócić z wycieczki naukowej, a on jeden jakoby posiada znajomość wszelkich zakamarków Czarnohory. Tymczasem zapada wieczór i wielka śródleśna, śródgórska cisza otoczona wałami gór, oświetlona migotem gwiazd wysokich, kołysana szmerem i bełkotem górskich strumieni. Czekamy nadaremnie, gdyż dr Wilczyński do dziesiątej w nocy jeszcze nie wrócił, a nas ogarnia zasłużona senność. Turystów w schronisku jest niewielu, dwóch młodych akademików i jacyś państwo, którzy właśnie wrócili.
Na drugi dzień rano zaczynamy wspinaczkę na Howerlę. Tablice orientacyjne zapowiadają drogę 3-godzinną jeszcze, choć przypomina się nam notatka jakiegoś turysty w księdze pamiątkowej schroniska, w której tenże z dumą zanotował wyczyn pokonania Howerli w 65 minutach. Niech mu Bóg da zdrowie i trochę więcej rozumu. Równym krokiem posuwamy się wciąż pod górę. Dwaj młodzi akademicy mijają nas z fantacją chcąc zapewne ustanowić nowy rekord czasu w " braniu " Howerli, ale my nie wzruszamy się tym ani nie podniecamy i jednakowym tempem pniemy się w górę. Zwracam po drodze uwagę na roślinność, która tutaj, podobnie jak na Babiej Górze, dzieli się na trzy strefy odpowiednich wysokości. Od Małej Howerli zbocze staje się coraz bardziej strome, wyrastając przed wzrokiem wysoką ścianą zaokrąglonej, nagiej piramidy. Przewidziane trzy godziny okazały się ledwie wystarczające do osiągnięcia szczytu bez wady serca lub naciągnięcia ścięgien. Mój towarzysz, którego poparło 18 lat wieku wyprzedza mnie silnie na ostatnim odcinku i z okrzykiem " orły " wita mnie już ze szczytu. Rzeczywiście wysoko w górze kołują cztery olbrzymie ptaki rzucając na nas cienie rozpiętych skrzydeł.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 16-06-2008 17:40
Kontynuuję materiał zamieszczony w dwóch ostatnich postach.

Ogarnia nas zimny wiatr górnych dziedzin. Tymczasem oczy wędrują ogromnym kołem po spiętrzonych daleko szeroko pasmach górskich, z których po stronie czeskiej najwspanialej uwydatniają się Alpy Rodniańskie. Trzeba mianowicie dodać, że od Howerli granica polsko-czeska biegnie linią szczytów aż po Popa Iwana i białe kamienie są znakami Polski i Czechosłowacji, rozstawione co 100 metrów wytyczają nam główną drogę podjętej wycieczki. Ich też będziemy się trzymać. Widok ze szczytu jest wspaniały.
[.....] Usunąwszy się od podmuchów zimnego wiatru w niżej położone zagłębienie ustawiamy na kamieniach dla miłego posiłku maszynkę spirytusową i osłoniwszy ją jako tako gotujemy bulion, zagrzewamy konserwy mięsne i raczymy się obiadem na prędce z zapasów przyrządzony. Obok nas biwakują dwaj akademicy, którzy tak dumnie wyprzedzili nas na początku drogi odsadziwszy się od nas najmniej o trzy kwadranse czasu, ale teraz wracają niepyszni do schroniska, gdyż jeden z nich zwichnął nogę. My natomiast ruszamy dalej. Tym bardziej, że mija nas jedna, druga i trzecia chmurka, a naokoło śmieje się ich coraz więcej, przesłaniając na dłuższe nawet momenty całe partie górskie. Posuwamy się raźno naprzód idąc wciąż linią szczytów. Zatrzymują nas od czasu do czasu sensacje roslinne w postaci niespotykanych ziół i kwiatów. Pod tym względem dostarcza Czarnohora rzeczywiście licznych niespodzianek. Co jakiś czas trafiamy na obszary z odmienną roślinnością. Tutaj różowi się całe zbocze od różankowca-rododendronu kwitnącego jak najpiękniejsze rabaty ogrodowe. Tu znów widzimy kępy dużych jakby żółtych tulipanów, a o kilkaset kroków dalej liliowieją cudowne bratki podobne zupełnie do fiołków, ówdzie sterczą dzwonki alpejskie, a tam nasyca powietrze silnym aromatem jakiś mały skromniutki biały kwiatuszek. Entuzjazmując się co chwila dla spotykanych różności zbliżamy się do skalistego Turkułu, pod którym leży w zapadłej kotlinie niesamowite jezioro. W drodze chwyta nas deszcz. Nie robimy sobie z niego wiele i przemoczeni do nitki z wodą chlupocącą w butach posuwamy się wciąż dalej otoczeni zwałami chmur. Mieliśmy nadzieję spotkania po drodze jakiejś koliby pasterskiej, w której ewentualnie moglibyśmy przenocować.
Pokazało się jednak, że koliby leżą tutaj o wiele niżej i chcąc się do nich dostać, należałoby opuścić się w doliny i stracić cały prawie dorobek uzyskanej już wysokości. Trafiamy natomiast na ciągłą już linię okopów z czasów wojny światowej z zachowanymi jeszcze zasiekami z drutu kolczastego i z rozwalonymi ziemiankami. We mgle nawołujemy się przyswojonym sobie zawołaniem worochciańskim " Hulles ". Doszliśmy wreszcie do jakichś gęściej skupionych ziemianek, z których jedna okazała się jeszcze zdatna do naprawy i postanawiamy tutaj zostać na nocleg, mniej więcej na przełęczy. Wtem z mgły wysunęły się cztery postacie zbliżające się w naszym kierunku. Wyszliśmy przeto mniej więcej na ich drogę trawersującą ukośnie linię szczytów, by zasięgnąć języka. Byli to, zdaje się, słuchacze uniwersytetu, botanicy, którzy niewiele mogli nam powiedzieć. Zapowiedzieli jednak, że spotkamy się jeszcze z drem Wilczyńskim, który widział się z nimi i polecił im na ewentualny nocleg jakąś dalszą jeszcze ziemiankę i który sam przed nocą jeszcze na pewno się pojawi w drodze powrotnej. Przez te dzisiejsze i wczorajsze zapowiedzi i to zawsze przed nocą tajemniczego dra Wilczyńskiego, który podobno zna wszystkie kąty i zakamarki, którego tu i tam widziano, a który się nie pojawia, urosła w oczach naszych postać uczonego botanika do jakiegoś ducha Czarnohory. Skuszeni możliwością uzyskania lepszego na noc legowiska ruszyliśmy naprzeciw tajemniczego doktora, licząc na to, że może i sami trafimy na poleconą ziemiankę. Ogarnęła nas jednak mgła chmur tak gęsta, że jednak idąc wciąż za słupami granicznymi zabłądziliśmy w pewnym momencie. Podczas nawoływania się usłyszeliśmy nagle trzeci głos, który skądś z mgły odpowiedział nam raz i drugi. To pewno dr Wilczyński. Zaczęliśmy iść ku głosowi i za dobrą chwilę wyłoniła się z mgły postać człowieka zgarbionego pod olbrzymimi tobołami na plecach, która szybko zbliżała się do nas. Był to rzeczywiście ów fantastyczny dr Wilczyński. Zapytany o Burkut, od razu odradził nam ten cel podróży tym bardziej że - jak przypuszczał - spławy Czeremoszem od Żabiego z pewnością z powodu szkód wyrządzonych przez powódź nie idą, a w samym Burkucie podobno żywej duszy nie uświadczy. W ogóle, patrząc na nas, oceniając pogodę, odradzał dalszy pochód, chcąc wzbudzić w nas tęsknotę za wygodą i ciepłem schroniska. Zdawał się być jakby zazdrosny o prawo chodzenia po tych górskich pustkowiach. Co do ziemianki orzekł stanowczo, że poprzednio przez nas wyszukana jest lepsza, wobec czego postanowiliśmy z nim razem cofnąć się do niej i przenocować tam, a decyzję co do dalszej drogi odłożyć zależnie od jutrzejszej pogody. Pożegnaliśmy się z tajemniczym doktorem, który w tobołkach dźwigał skarby roślinne pochowane po różnych skrytkach górskich, które teraz właśnie obchodził i opróżniał.


Poniżej, zdjęcie dr Tadeusza Wilczyńskiego / fot. ze zbiorów Biblioteki Instytutu Botaniki PAN w Krakowie /.

Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 15-11-2008 16:03
W latach 1869-1870 wydane zostały w Krakowie dwie serie "Obrazów z życia i natury", będące zbiorem barwnych opisów wieloletnich podróży Wincentego Pola, odbywanych po krainach dawnej Rzeczypospolitej, a wśród nich obrazy z "Czarnego Lasu i Czarnej Góry", opisujące wrażenia z wędrówek po Karpatach Pokuckich, odbytych w 1859 roku.
Fragmenty tych wrażeń, dotyczące Burkutu, zamieścił Władysław Krygowski w swojej książce "W litworowych i piarżystych kolebach", w opowiadaniu "W poszukiwaniu nierzeczywistości", były one cytowane w jednym z moich poprzednich postów.
Spróbujmy sięgnąć do większych fragmentów, niż uczynił to Władysław Krygowski, dają bowiem one obraz świata zapomnianego, mało znanego, z dzisiejszej perspektywy egzotycznego.
Pisze Wincenty Pol :

...Najwięcej jeszcze znanymi punktami na obszarze gór Pokucia i jej Czarnej Puszczy jest wieś Żabie - bo jest największą osadą - i źródło uzdrawiające, które w dzikim bije ostępie, Burkutem zwane, gdzie się w czasie lata spotkać można z doborem wyższego towarzystwa.
Bardzo ostra konna ścieżka, na której się miejscami minąć niepodobna, nawet pojedyńczo we dwa konie, prowadzi do Burkutu. Jest to źródło z rodzaju szczaw żelazistych, bardzo bogate co do siły parności swojej i gazu, którym ta szczawa jest przepełnioną. Te wody są mocniejsze od wszystkich szczaw zachodniego skrzydła Karpat, tryszczących w okolicy Szczawnic i Tylicza. Ścieżka do Burkutu prowadzi wzdłuż strugi Hryniawy.
Na jednej z moich wycieczek spotkałem się z taką karawaną, co się wyprawiła do źródeł Burkutu na kilka tygodni z całym zapasem żywności, sprzętów i pakunków, które tam z sobą przywieżć trzeba, chcąc jakokolwiek wygodnie i przyzwoicie spędzić razem kilka tygodni na tej górskiej puszczy. Zazwyczaj umawia się kilka rodzin z Pokucia, z Podola lub Bukowiny celem uprzyjemnienia sobie pobytu w miejscu odludnym, a wówczas biorą z sobą lekarza, zakładają wspólną kuchnię i urządzają sobie letnie szałasze w sposobie salonów do zabawy wspólnej. O muzykę zawsze nietrudno, a nawet o najwyborniejszą, bo Cyganie wietrzą takich gości i przysyłają do Burkutu swoje wyborne kapele.
Spotkałem się z taką karawaną w miejscu, gdzie się minąć bez niebezpieczeństwa niepodobieństwem było. My mieliśmy kilkadziesiąt koni pod ludżmi i jukami, a trzy razy większą była karawana, z którąśmy się spotkali. Po zboczach dwóch wielkich gór były się już obie karawany spuszczały po wężykowatej dróżce ku sobie, gdy jedną i drugą zatrzymać wypadało, bo wyminąć się nie było sposobu. Nasza, jako mniejsza, musiała ustąpić drogi. W takim razie wszakże nie było innego sposobu dla nas jak jechać przodem do Burkutu, a lubo na ten raz nie miałem tego zamiaru, nie było innego sposobu wyjścia z tego położenia.
Rozpoczęły się tedy układy : ja przebrałem się na czoło mojej karawany i spuściłem się do zworu / zwór, tu miejsce zetknięcia karawan /, a od kąpielowej karawany lekarza wysłano na parlamentarza. Z głębi zworu dopiero można było przejrzeć wężyk całej karawany, której początek dochodził już do zworu, a koniec nie przeszedł był jeszcze wierzchu góry. Były to rodziny z imienia mi przynajmniej znane, a kilku młodszych panów znałem osobiście. Panie jechały z zawiązanymi oczyma, by nie widzieć przepaści, wystraszone i drżące. Każdego konia prowadził Hucuł, a przy koniu lub za koniem szedł ktoś z młodszych panów, który dodawał odwagi i bawił panie w tym mozolnym pochodzie. Stanęło tedy na tym, że zaproszono mnie na gościa do Burkutu, bo gdyby z drogi ustąpić nie mógł, wypadało mnie zabrać z sobą. Wszakże tu niemała była trudność, bo kazdego konia naszej karawany wypadało obrócić, a w wielu bardzo punktach tej ścieżki nie było miejsca na obrót konia. Tu podziwiam rozum huculskich koni. Skoro pomiarkowały, że cała drużyna powraca - kiedy kilka koni zwróciło się przodem z pomocą tylko ludzi nad przepaścią - poczęły się wszystkie obracać same i niektóre z nich przysiadały prawie na zadzie i okręcały się jednym rzutem, bez pomocy, w miejscu.
Gdy cała karawana złagodziła się już do odwrotnej drogi, daliśmy kilką strzałami znak od wierzchu góry, a od czoła idącej za nami karawany padły także strzały, tak się bowiem umówiłem z lekarzem, bo na słowa trudno sobie było dać znak z tej odległości. Dobrze już z południa spuściliśmy się w końcu do Burkutu, a trzy godzin przeszło trwało, zanim się obie karawany ściągęły w tym przepaścistym jarze i zanim służba umieściła się z pakunkami w tych biednych kilku chatach, które tam, niby na przyjęcie gości, czekają. Jar Burkutu jest dziki, ale malowniczy. W jednym jego załomie bije owe sławne źródło. Na pięknej, małej taczce / płyta, podstawa / postawiono ozdobny szałasz, z kory starannie zbudowany, Był to wielki salon z ościennymi gabinetami - podłoga była wyłożona huculskimi dywanami, a szumny potok, sztucznie naprowadzony na pionową ściankę, pomiędzy kępą drzew, dawał piękny widok. Były pięknie prowadzone ścieżki od szałaszu, około wodospadu i nad wodospadem, ławeczki i siedzenia zręcznie rozrzucone i z gustem wyrobione z dziwacznych konarów i korzeni drzew albo z dobranych kamieni w sposobie małych grót i pustyniek. Przed szałaszem siedział, o kilkadziesiąt kroków na łączce, na berle, orzeł, na długim łańcuszku upięty za nogę i podrywał się za zbliżeniem ludzi. Dalej nieco, w lewo od szałaszu, gdzie się już kosze z kwiatami kończyły, był z takiejże samej koronki ozdobnej, jak kwiatowe kosze, wypleciony mały cyrk / krąg / po którym cztery młodych sarneczek, przyswojonych już znacznie, w kółko obiegało. Salon szałaszu miał zwierciadła i okna wprawione ; ozdobny kominek, krzesła, stoły i kanapki były także w stylu pustyni, ale - jak się zdawało - nie na miejscu robione. Co mnie wszakże najwięcej dziwiło, było to małe pianino i fisharmonika, z którą się także w tym salonie spotkałem.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 16-11-2008 19:54
I jeszcze jeden fragment z tego samego materiału, z "Czarnej Góry i Czarnego Lasu" Wincentego Pola, będącego opisem podróży autora w Góry Pokucia, w 1859 roku.

...Jaki kraj - tacy ludzie, jaki klimat - takie wody. Mozolną bardzo jest podróż do źródłowisk Czarnego Lasu i Czarnej Góry, po skałach i ponad urwiste przepaści, i nieraz patrzyłem z zazdrością na tratwy Hucułów, które się nisko pod nami pomykały po Prucie, po Czarnym i Białym Czeremoszu z łatwością, lekko jak rybitwy, kiedyśmy się mozolnie noga z nogi wspinali po skalistych obłazach i górach.
Raz tedy wypadało się puścić na tych tratwach z wodą...Jakoż wszystko zachęcało do tego : i utrudzenie kilkutygodniowej podróży, i trzykrotne już wyczerpanie żywności, po którą trzeba było wysyłać osobnych ludzi do Kut, do Kosowa i Delatyna, a w końcu schyłek już lata, który przypominał, że powracać trzeba. Na dobrym potoku u stóp Howerli, który się po krótkim biegu do Prutu odlewał, leżało kilka tratew przygotowanych na brzegu. W dolinie tego potoku był ostatni nasz nocleg. Zapasy żywności kończyły się i wypadało powrócić gdzie do wsi i przysposobić żywność lub wysłać ludzi za kupnem takowej. Wszystko to groziło zwłoką dni kilku, a tu przede mną płynęła woda tak ochoczo w równiny. I gdym sobie pomyślał, że jeszcze dnia tego można by stanąć w Delatynie, gdzie na mnie moi ludzie i konie od kilku tygodni czekali i skąd się już dobrym gościńcem można było puścić w kraj równy, owładnął mnie jakiś niepokój i oświadczyłem Hucułom moim, że popłynę z wodą.
Sprowadzili tedy z najbliższej wsi orylów / flisaków /, którzy byli właścicielami tych przygotowanych tratew. Targi i narady były długie i jeden tylko z dawniejszych moich przewodników, który mnie nie chciał odstąpić i nieznajomym powierzyć ludziom, obrał się za sternika tej tratwy, na której ja popłynąć miałem. Od świtu do godziny 9 trwały te targi i przygotowania do spławu.Tratew, na której ja płynąć miałem, przyrządzono nieco staranniej i zbito świeżymi płatewkami, bo tratwy leżały już dawno na brzegu, a kołki uschły w płatewkach na jarzmach i nie dawały pewności, że dotrzymają w spławie zbite okrąglaki. Potok był bardzo silny i miał wielki spadek. Z potoku tedy do Prutu zleciały w mgnieniu oka tratwy... Tu dopiero pożegnałem się z podróżną drużyną moją.
Woda była na Prucie donośną / spławną /, do tratwy tedy, na której płynąć miałem, przyprawiono tu dopiero dwa skrzydła po bokach, przed końcem zadu, dla bezpieczeństwa, aby spław nie uderzał o skałę tak nagle, lecz skrzydłami odpierał się od skalistych ścianek.
Jedna mniejsza tratew puściła się przodem...Na drugiej plynąłem ja, na trzeciej płynęły moje rzeczy. Spław na Prucie składa się z 8 - 10 pni okrągłego drzewa na 3 - 4 sążni długości. Takie dwa spławy wiążą wiciami razem i spuszczają je jeden za drugim zazwyczaj, a nie obok siebie, jak to bywa na innych rzekach. Przy większym spadku wystarcza już 10 - 14 cali do spławu tratew. Na Prucie wszakże bywa woda donośna. Tratwy były z dawna zbite i suche, więc leżały prawie na wierzchu wody i nie zatapiały się nad 6 cali. Wszystko tedy zapowiadało spław szczęśliwy. Jakoż zrazu lecieliśmy bystrością strzały. W zebranym korycie ledwo czasem plusnął rudel / ster / i zaledwo można było tu i owdzie rzucić okiem, spojrzeć przed się lub za siebie, tak prędko uciekały brzegi, że co chwila padało oko na inne widoki. Pomiędzy okrąglakami w górę pluskała i pryskała woda nieraz wysoko, i co chwila trzeba było twarz obetrzeć, a gdy się znowu można było obejrzeć dokoła, już przed chwilą pominięte brzegi nikły w oddaleniu...A jeżeli się rzeka skręcała, zamykała się tuż przed nami dolina skałami i zdawało się, iż nie znajdzie wyjścia, bo zawroty Prutu są na kolanach bardzo nagłe. Sam war wody wjada się potężnym prądem ponad brzeg urwisty i chociaż oryle trzymają w pogotowiu kulę / drąg / i odbijają się w tej samej chwili wszyscy od pionowej skały, uderza tratwa pomimo to gwałtownym rzutem o skałę, a siedzieć na tratwie byłoby niebezpieczną rzeczą, bo uderzenie takie wyrzuciłoby z siedzenia, więc stojąc trzeba przyjąć to uderzenie i trzymając się silnych dwóch wici dla zachowania równowagi w rzucie. Utrudza to dziwnie ! Bo i uwaga i potrzeba równowagi trzyma w ciągłym naprężeniu, a szybkość, z jaką spław leci, sprawia, iż przywyknąć do tej szalonej jazdy trzeba, gdzie się co chwila, z czymś innym liczyć wypada.
Są wprawdzie chwile odpoczynku, gdzie Prut na znacznej przestrzeni płynie tak szeroko i cicho, że się w dnie rzeki podpierać trzeba kulami i zdaje się, jakby spław szedł po jeziorze lub stawie. Po takim chwilowym wypoczynku następują wszakże tak zwane szypoty. Są to wodospady rozdzielone na znacznej przestrzeni, rumowiskiem wielkich bloków zasłane, po których woda, pieniąc się z szumem, z wielką gwałtownością uchodzi. Środkiem takich szypotów prowadzą tak zwane lejki na wrota po obydwu brzegach, a gdy już raz szczęśliwie przez same wrota wpadnie, to nie ma już czasu kierować tratwą i nie potrzeba nią kierować, bo przez kilka stai leci samym środkiem szypotu po skłębionym warze rzeki i gdy się znów oczy przetrze, nie słychać już nawet szumu przebytego szypotu.
Czasami na płytkiej wodzie zaorze spław po kamieńcach spodem, a po kilku poparciach taka znowu już głębia od razu, że najdłuższą kulą nie zmacać dna rzeki. Dwa razy siadł nasz spław na skale i przód tratwy sterczał może o sążeń wyżej ponad wodą, kiedy zad tratwy zatopił się w wodzie. Ledwo się to stało, skoczyli wszyscy trzej oryle do wody - a sięgała im po pół piersi prawie. Zdało się, że coś turkło całym spławem, który już leciał na wrota, ale nim wrót jeszcze dopadł, wyrwali się już z wody na tratwę i stali przy rudlu. Tak w mgnieniu oka w chwili niebezpieczeństwa skoczyć do toni, dźwignąć spław, popchnąć go do biegu i wydobyć się z wody na lecącą już tratwę - nie lada to zadanie i to tylko Hucuł potrafi.
Na ujściu Czerniawy niewiele brakło, żeśmy wielkiego nie mieli wypadku. Gdzieś na jej wierzchowinie spadła nocą czy do świtu ulewa i rzeka wezbrała, a przenosząc nawałą wód swoich wody Prutowe, rzuciła nas tak silnie jednym uderzeniem, iż wszystkie trzy tratwy na przeciwnym suchym brzegu siadły. Wszyscy oryle powpadali do wody od tak silnego uderzenia.Ja tylko, co nie trzymałem ani kuli, ani rudla w ręku, lecz wić, ratowałem się po tej wici, żem ani do wody ani na ląd nie padł. Pakunek mój leżał o kilkanaście kroków na suchym lądzie, tak silnie uderzyły tratwy o brzeg na połeć / na bok /. Jedno jarzmo nadłamało się, musieliśmy tedy spoić tratwę świeżą płatewką i nie czekać długo, bo woda Czerniawy poczęła nagle opadać i groziło nam to, że oschniem na lądzie. Z wielką trudnością sprowadziliśmy znowu tratwy na główny prąd Prutu, po którym, że znacznie wody przybyło, szedł spław jeszcze z większą prędkością, a to tak, że całą tę przestrzeń sześciu, a może 8 mil przebyliśmy niespełna za pięć godzin ! Przez całą drogę nie było czasu ani posilić się, ani zapalić lulki, ani wytchnąć na chwilę. Przemokli jak rybacy, choć dzień był pogodny, wysiedliśmy na brzeg pod Delatynem. I miło było znowu spotkać się i z ludźmi swymi, i z suchym ubraniem, i zjeść obiad pod dachem przy nakrytym stole, siedząc na krześle.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 10-12-2008 18:49
A oto opis kolejnego spływu, mającego miejsce około 65 lat później, tym razem po Czarnym Czeremoszu, pobrany z Płaju nr 31. Mieczysław Woźniakowski zamieszcza przedruk z miesięcznika krajoznawczego "Orli lot" z 1926 roku.
Ten spływ ma już charakter bardziej "ucywilizowany", ciekawe są opisy mijanych okolic, od Popadyńca po Żabie.

Czeremoszem do Żabiego.


Podróż na tzw. "spławach" tj. tratwach zbitych z belek na Czeremoszu obfituje w tak wielką liczbę wrażeń, że do końca życia utkwi w pamięci temu, kto choć raz jej zakosztował. Rzeki górskie nie nadają się do żeglugi wogóle z powodu zmienności swego wodostanu, a nawet spław drzewa niemi jest w niektórych porach roku utrudniony. Dla powiększenia ilości wody w rzece na czas tego spławu służą tzw. klauzy. Są to silne tamy zbudowane z drzewa i kamieni ze śluzami w środku, zamykające górną część i dopływy rzeki, po której spławia się drzewo. Wskutek zamknięcia śluzy w klauzie, górski potok zalewa całą dolinę, tworząc malownicze, sztuczne jezioro np. w Szybenem, na południe od Pop Iwana, jednego z najwyższych szczytów czarnohorskich. Gdy spławy podpływają do ujścia zamkniętego dopływu rzeki, wtedy, na dany telefonicznie znak otwiera się klauzę i wypuszcza wodę, która zasila rzekę główną i podnosi w ten sposób w niej poziom wody. Spławianie drzewa odbywa się na obu Czeremoszach, Białym i Czarnym, a ostatnią klauzą na tym ostatnim jest ogromna, o dwóch śluzach w Łostunie. Jest to już ta zupełnie bezludna część tego tzw. przez W. Pola "Rozroga", klina wciśniętego w Rumunję. Dom, w którym mieszka dozorca klauzy, to ostatni stale zamieszkały w tych stronach. W górę rzeki ciągną się już tylko lasy i połoniny. To też mieszka na tem odludziu stary dziwak, Polak, zwany powszechnie "Franiem". Znalazł on ukojenie po nieszczęściach rodzinnych tu w tych górach, które ukochał i za żadne skarby świata nie powróciłby w niżne regjony, gdyż nie lubi ludzi. Nie cieszą go, jak innych, nieliczni w tych stronach goście, ale nie daje im tego odczuć. Kto zaś wybrał się w te bezludne strony, musi chcąc nie chcąc prosić go o gościnę, gdyż brak w sąsiedztwie innych domów.

Klauza Łostuń na Czarnym Czeremoszu / fot. Adam Zieliński/.




Spławy jednak odchodzą przeważnie z następnego etapu, z placu przed gajówką w Popadinen / Popadyńcu /. Tam też trzeba się udać pieszo, aby odpłynąć do Żabiego. Nad rzeką, która w tem miejscu ma tamę, przerwaną w pośrodku dla umożliwienia wydostania się tratwom z tego jakby portu, rozpościera się olbrzymi plac, zawalony drzewem. Każdy pień ma swój znak, np. niebieski lub czerwony, wskazujący przynależność do pewnej firmy.
Napisy na placu objaśniają jakie to firmy, a więc: Goetz i Ska i "Galicyjska Spółka Drzewna". Przy drzewie, należącem do jednej i drugiej firmy, widzimy semickie twarze, żydowski więc ich charakter nie ulega żadnej wątpliwości. W "porcie" kilka tratew, złożonych z 4-7 części, powiązanych ze sobą.
Zamówiony poprzedniego dnia hucuł przysposobił jako tako do drogi swoją tratwę, przygotowawszy siedzenie z kilku belek umocowanych kołkami i wymościwszy część tratwy pod nogi choiną. Trzeba bowiem wiedzieć, że tratwa zalewana jest w czasie podróży przez wodę. Hucuł nic sobie z tego nie robi, na zbitych palach wiesza odzież, tudzież "berbenicę" / beczkę / z innemi rzeczami: ale przygodni jego towarzysze podróży musieliby stać na tratwie boso, gdyby nie te nadzwyczajne do niej dodatki, które trzeba poprzedniego dnia zamówić. Gdy jadą całe wycieczki, urządza się specjalne ławki, ale dla mnie, jednego pasażera taki "komfort" nie opłaciłby się. Stawiłem się punktualnie 0 4 godz. na miejscu, ale mój sternik barczysty, o jednym oku, małomówny hucuł nie kwapił się z odjazdem. Czekał bowiem na większą ilość wody, którą wspomniany poprzednio "Franio" wypuszczał z klauzy w Łostynie. Nareszcie uznał ilość wody za wystarczającą, przy pomocy kilku hucułów i młodego chłopca, który się do nas przyłączył jako pasażer, odepchnął tratwę na środek rzeki i jazda! Powitałem tę chwilę z przyjemnością, gdyż znudziło mi się już czekanie. Tratwa popłynęła rześko z nurtem rzeki, a sternik ująwszy w swe wytrawne dłonie ster / tratwa składała się z 4 właściwie powiązanych ze sobą drutem tratw, więc miała tylko jeden ster na przodzie, złożone z większej liczby członów mają 2-4 sterów /, spokojnie skierował ją na środek rzeki.
Jazda spławem nie należy do całkiem bezpiecznych; są na rzece liczne progi skalne, spowodowane występowaniem nagłówków warstw twardszych, na których słabo spojona tratwa może się rozlecieć, a podróżni narażeni są na kąpiel. Może też tratwa ulec rozbiciu tam, gdzie rzeka uderza o stromy skalisty brzeg, albo najechać jedna na drugą, co dla życia podróżnych nie byłoby zbyt bezpieczne. Również przy zatrzymaniu się na progach może z luźnie spojonych części nasunąć się jedna na drugą i przygnieść podróżnych. Na razie nic takiego nie groziło i spokojnie płynęliśmy dalej, mijając Stefulec z nowo zbudowaną gajówką i źródłem mineralnem po drugiej stronie. Obecność źródła zdradza żółtawy osad. Przejeżdżamy popod mosty, które nieraz umieszczone są tak nisko, że trzeba się schylać, aby nie zawadzić o nie głową. Tratwy, zwłaszcza te tylne / bo siedzimy na pierwszej / wydają głuchy łoskot przy przebywaniu części płytszych rzeki o wystających kamieniach , lub tam, spiętrzających wodę. [....]
Tam, gdzie woda spokojniejsza, sternik opuszcza ster i przywraca nieposłuszne belki siekierą, która wbita sterczy na przodzie tratwy dla porządku.

Na Czarnym Czeremoszu, kermanycze przy pracy / fot. Henryk Błaż /.




Przejeżdżamy następnie popod czywczynem, którego wierzchołka niestety stąd nie widać. Sławne to nigdyś było miejsce z kopalni srebra; dziś tylko wspaniała jego trawą pokryta kopuła dominuje nad innemi szczytami Rozrogu, gdyż jest to po głównym grzbiecie Czarnohory najwyższy szczyt.
Mijamy dalej Burkut. Zakład kąpielowy dziś opuszczony zupełnie, dzięki brakowi komunikacji, mieści tylko straż celną. Strażnicy odbudowali go po wojennem zniszczeniu i znaleźli tu wcale wygodne schronienie. Szkoda wielka że to jedno z najsilniejszych źródeł mineralnych w Polsce tak się marnuje, a my wydajemy tysiące złotych na wyjazd do zagranicznych kąpieli. A trzeba pamiętać, że oprócz tego głównego, jest jeszcze w pobliskich górach cztery, o których tylko miejscowi ludzie wiedzą. Przed zakładem znajduje się niewielki cmentarz wojenny z zachowanym do dziś dnia napisem.


Cmentarza oczywiście już nie ma, zachował się do naszych czasów zepchnięty spychaczem kamień z fragmentem napisu / wg. stanu na wrzesień 2006.





Dojeżdżamy następnie do Szybenego, mijając pierwszą prawdziwie stale zamieszkałą zagrodę, bo te powyżej leżące, chociaż przez cały rok zamieszkałe, zbudowane zostały przez firmy eksploatujące lasy lub przez ich właścicieli. Dolina Czeremoszu tutaj rozszerza się. Z lewego boku przyjmuje duży dopływ o tej samej nazwie co miejscowość.
Wspomniana na początku klauza dostarcza wody więcej niż główna rzeka. Na prawo odbiega droga przez malowniczą przełęcz Watonarkę do drugiej wielkiej / obok Żabiego / wsi huculskiej, Hryniawy. Szybene osadą właściwie nie jest, chociaż szeroka dolina pozwoliłaby na jej założenie tutaj. Jest tam tylko nadleśnictwo rządowych lasów, leśniczówka, komisarjat straży celnej i dwie chaty zamieszkałe tylko okresowo.


Edytowane przez ju*****ny dnia 31-01-2009 10:10
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 11-12-2008 11:53
Kontynuuję opis spływu Czarnym Czeremoszem, podjęty w poprzednim poscie.


Znajdujemy się u podnóża Pop Iwana, najwyższego po Howerli szczytu Czarnohory, ale nie widzimy go, bo zasłania nam widok leżąca przed nim góra Gropa. W dalszej drodze ukazują się nam po lewej ręce Stajki, jedne z nielicznych skalistych szczytów w Czarnohorze. Prześlicznie wyglądają te trzy sterczące skały połączone ze sobą lekko wygiętą linją grzbietową. Po przeciwnej stronie potoku Podorowatego czerni się stromą ścianą świerków Skoruszny. Czeremosz zatacza tu ogromne koło. Po jego przebyciu głuchy ryk belek ocierających się o skały zwiastuje obecność pierwszego "berda" / progu skalnego / koło przysiółka Zielonego / Zełenego /.

Tratwa na Czarnym Czeremoszu koło Zełenego / fot. Adam Zieliński /.




Mijamy jego zaciszną cerkiewkę i znajdujemy się już w okolicy zamieszkałej. Nad rzeką i na zboczach gór piętrzą się już wcale liczne, poczerniałe ze starości domki huculskie o szerokich dachach i charakterystycznych ganeczkach. Dalej za Zielonem domy rzedną, a widać tylko lasy po zboczach. Przysiółki Dzembronia, Bystrzec leżą w głębi bocznych dopływów Czeremosza, zakryte zakrętami przed okiem widza.
Za ujściem potoku Bystrzca zaczyna się najniebezpieczniejsza część drogi; rzeka tworzy liczne "berda", przelewając się z szumem po twardych progach skalnych.Dolina staje się węższą, brzegi bardzo strome, a rzeka uderza z hukiem o skaliste brzegi. Sternik musi zręcznie manipulować, aby nie wjechać na wystającą skałę albo nie dać się porwać prądowi wody i nie uderzyć o brzeg skalny, bo to groziłoby rozbiciem. Nie znać jednak po jego twarzy żadnej obawy, chociaż pływające tu i ówdzie belki z rozbitych tratw przypomi9nają na każdym kroku grożące rozbicie. Tratwa wygina się, pochyla w dół i przodem uderza o dno, to znów wydaje głuchy odgłos przy zetknięciu z podwodnemi skałami, ale trzyma się razem. Wtem trzask - czuję że woda zalewa całe moje siedzenie - sternik po kostki w wodzie i gwałtownemi ruchami kieruje tratwę w inną stronę. Zdawało mi się, że tratwa już się rozleciała, ale nie było tak źle. Najechaliśmy tylko z siłą na większą skałę i moje siedzenie się rozleciało, tratwa - jak zwykle przy przebywaniu progów, tylko nieco głębiej tym razem zanurzyła się pod wodę. Urwała się tylko z tylnej części jedna belka, ale flisak złapał ją i położył na wierzchu. Tak to tylko częściową kąpielą, ale naogół szczęśliwie skończyła się przeprawa przez najgroźniejsze "berdo".
Rzeka robi jeszcze kilka zakrętów i oto jesteśmy w Żabiu-Ilci. Na wysokim brzegu wzdłuż rzeki i drogi rozłożyły się szeregiem domy, ale porządniejsze i obszerniejsze niż zwykłe huculskie chatyny. Widać w nich też i drobne sklepy. Należą one już nie do hucułów, ale do Żydów, którzy dość licznie ten przysiółek zamieszkują. Właściwie to nie przysiółek, ale centrum Żabiego się zaczyna. Są tu bowiem niektóre urzędy np. urząd gminny, komisarjat straży celnej, cerkiew filjalna. Główne jednak centrum Żabiego to Słupejka, 4 km dalej położona / właściwie cała tu opisana droga odbywają się na terenie wsi Żabiego, która zajmuje połowę całego "Rozroga" /.
Przewoźnik mój jedzie ze spławem aż do Kut, a tam na granicy oddaje go w inne ręce, potem wraca do domu, drzewo zaś idzie aż do Rumunji, aby służyć mieszkańcom tamtych bezleśnych krain. Ja zaś chciałem wysiąść w Żabiem, skąd najłatwiej dostać się do Worochty i kolei. Trudno jednak zatrzymać spław. To też hucuł radzi mi wyskoczyć niedaleko urzędu gminnego, gdzie rzeka ma niski brzeg, a wolny jej bieg wtem miejscu czyni skok możliwym. Zbliża więc tratwę do brzegu na chwilę. Nie wyskakuję odrazu, gdyż trochę dalej zobaczyłem dogodniejsze do wylądowania miejsce. Hucuł nie wiedząc o tem, zaczął kierować tratwę na środek rzeki. Oglądnąwszy się jednak i widząc mię jeszcze na niej, krzyczy: "Skoczyt, pane, skoczyt!". Musiałem więc chcąc nie chcąc wyskoczyć, a że tratwa oddaliła się już trochę od brzegu, stanąłem jedną nogą po kolano w wodzie. Tak się skończyła moja pierwsza wodna podróż po Czeremoszu.


Spójrzmy jeszcze jak dzisiaj, po około 90-ciu latach, wygląda dolina Czarnego Czeremoszu, na odcinku pomiędzy klauzą Łostuń a Burkutem.
Zdjęcia pochodzą z września 2007 roku, pierwsze przedstawia potok Czarnego Czeremoszu powyżej klauzy, trzy kolejne ruiny klauzy, trzy następne dolinę Czarnego Czeremoszu w okolicy byłych gajówek Popadyniec, Stefulec, Dobryń.















Edytowane przez ju*****ny dnia 11-12-2008 12:04
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi.....
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 08-02-2009 20:10
W "Pamiętniku PTT", tom 10 z 2001 roku, zamieszczony jest dłuższy artykuł napisany przez Tadeusza Kiełbasińskiego, poświęcony Mieczysławowi Orłowiczowi.
Omawiając okoliczności powołania przez M. Orłowicza Akademickiego Klubu Turystycznego we Lwowie, autor pisze:

...chyba najistotniejszym wydarzeniem w życiu Orłowicza był fakt powołania przezeń w 1906 roku Akademickiego Klubu Turystycznego we Lwowie. Tworząc podwaliny organizacyjne dla rozwoju ruchu wycieczkowego / pieszego! /, przełamał równocześnie panujące w owym czasie stereotypy, że "nie godzi się" używać własnych nóg jako środka "przemieszczania się". Trzeba bowiem wiedzieć, że przełom XIX i XX wieku był okresem, kiedy chodzenie piechotą w ówczesnym społeczeństwie / naturalnie mieszczańskim i wykształconym / było uważane za poniżające.
Dla liczących się osób wszędzie "musiały być" pojazdy, powozy, konie, krótką nawet drogę pokonywano pojazdem, a nie pieszo.
Znamiennym stał się przypadek, gdy Orłowicz, jeszcze w czasach studenckich, zwrócił się z propozycją utworzenia Koła Turystycznego przy Czytelni Akademickiej we Lwowie / we Lwowie nie było jeszcze wtedy żadnej organizacji turystycznej / i usłyszał, że niestety Czytelnia Akademicka na tę propozycję zgodzić się nie może, jest bowiem instytucją zbyt poważną i zasłużoną, mającą znaczny dorobek w dziedzinie polityki, literatury, kultury itd., by patronować tak niepoważnym rzeczom jak wycieczki piesze w okolice Lwowa, czy choćby w Karpaty Wschodnie.
Orłowicz nie dał za wygraną. Będąc jeszcze studentem rozpoczął przygotowania, by założyć samodzielny, później wielce zasłużony Akademicki Klub Turystyczny, którego przez wiele lat był prezesem, a od roku 1911 do 1923 - prezesem honorowym.
W dwa miesiące po powstaniu AKT Orłowicz zorganizował pierwszą poważną "wyprawę" w Czarnohorę, na Zielone Święta, 2 - 5 czerwca 1906 r. Na marginesie należy zaznaczyć, że w owym czasie na tak ogromnym terenie były tylko dwa niewielkie schroniska: na Zaroślaku, oraz na Poliwnem za Popem Iwanem.


Zachował się opis tej wycieczki, autorstwa samego Orłowicza, jego skrót zamieszczony został w cytowanym artykule Tadeusza Kiełbasińskiego.

Pierwsza większa wycieczka.


Była to pierwsza większa i ciesząca się dużą frekwencją wycieczka AKT, a poświęcam jej osobny opis przede wszystkim dlatego, że była to najbardziej humorystyczna wycieczka, jaką kiedykolwiek urządzałem. Dwa tygodnie wcześniej podałem w pismach lwowskich o organizowanej wycieczce oraz że będziemy nocować w kolibach huculskich, gdyż schroniska na Zaroślaku leży za nisko, a na Poliwnym za daleko.
Ku mojemu zdumieniu i przerażeniu zgłosiło się aż 65-ciu kolegów. Na zebraniu organizacyjnym / udział 40 kolegów /, przedstawiłem co trzeba ze sobą zabrać. Większość odniosła się do tej sprawy nieżyczliwie / nie w modzie było w tym czasie udzielanie rad czy uwag /, niektórzy zapowiedzieli wręcz, że zabiorą ze sobą walizki, a byli i tacy, którzy chcieli zawinąć zabierane rzeczy w koce / i na plecy /, a nawet w papier pakowy, którym owijano głowy cukru. Na nogi zabierano - między względnie porządnymi skórzanymi trzewikami - pantofle poranne z cienkiej skóry bez obcasów, buty z cholewami o bardzo śliskiej podeszwie, pantofle plecione z łyka i zwykłe gumowe kalosze. O gumowych pelerynach nie chciano nawet słyszeć.
Na moje protesty odpowiadano: " Nie znacie mnie, kolego, nie wiecie, jakie mam walory". Rzeczywiście, nie znałem, ale muszę powiedzieć, że w Czarnohorze walory te zobaczyłem z jak najbardziej humorystycznej strony. W efekcie pojechało na wycieczkę tylko (!) 30 osób. Zabrałem 4 kotliki do gotowania herbaty / co było podstawą naszego wyżywienia /.
Dość zabawnie wyglądał nasz zespół, gdy zebraliśmy się wieczorem na dworcu kolejowym. Publiczność z pewnym podziwem i podejrzeniem patrzyła na nas - wyglądaliśmy jak dezerterzy z carskiej armii.
Pociągiem zajechaliśmy do Jasini. W restauracji dworcowej, gdzie obsługiwali autentyczni węgierscy kelnerzy, zjedliśmy porządny obiad ze spisu węgierskiego. Z Jasini wyszliśmy o godz. 14.00 mając zamiar dojść pod szczyt Pietrosza ok. godz. 9.00 wieczór. Do mojej zapowiedzi, że będziemy iść na Pietrosz ok. 7 godzin, koledzy odnieśli się ze śmiechem, mówiąc: "Nie znacie nas kolego - źle obliczacie nasze siły, powinniśmy tam być za godzinę!" Pierwsze wrażenia - kolega Murzynowski zgubił kalosze w błocie, a jak wyglądały kierpce z cienkiej skórki i płytkie buciki, gdy błoto sięgało do połowy łydek?
Zanocowaliśmy na połoninie pod Pietroszem w opuszczonych szałasach. Panował chłód przejmujący. Najbardziej ucierpieli koledzy, którzy nie pozwolili na rozpalenie ogniska w ich szałasie, bo nie znosili dymu.
Na drugi dzień zdobywaliśmy Howerlę. Pierwsi zrezygnowali z dalszej wędrówki posiadacze walizek. Przez Zaroślak, Foreszczenkę wieczorem dotarli do Worochty. Po zejściu z Howerli poszliśmy dalej przez Breskuł i Turkuł w stronę Popa Iwana. Nie wiedziałem, że największe przejścia czekają nas dopiero w 3 i 4 dniu wycieczki.
Na szczycie Szpyci stanęliśmy dopiero o zachodzie słońca. Już o szarówce zeszliśmy dość stromym zboczem do kotła polodowcowego, gdzie widzieliśmy z góry kilka szałasów. Nocleg nie był zbyt wytworny, ale po zmęczeniu całodziennym marszem wydawał się doskonały.
Trzeci dzień, rano wstaliśmy ok. godz. 5 (!). Pogoda była pochmurna, ale bezdeszczowa. Liczyłem więc, że mamy jeszcze 4 dni pogody i że słoty na św. Medarda zastaną nas dopiero we Lwowie. Niestety, przeliczyłem się. Coraz więcej kolegów, którzy nie mieli plecaków przychodziło do mnie i żaliło się, że nie dali się namówić na nabycie plecaka i peleryny gumowej. Jak bardzo takie pakunki, owinięte w prześcieradła, worki, koce i gruby papier są niepraktyczne, mogli się przekonać na własnej skórze i to już za kilka godzin.
Po ominięciu szczytu Munczela zaczął wiać silny, przenikliwy i mroźny wicher, który zmusił nas do okrycia się, czym kto miał, ale przeważnie nieodpowiednio do sytuacji. Ja miałem serdak. Gdy był zapięty, grzał piersi i plecy, a dwie peleryny - lodenowa i gumowa - chroniły przed deszczem.
Planowałem dojście do Popa Iwana i zejście gdzieś w okolicę Jawornika nad Czarnym Czeremoszem. A tymczasem, już w okolicy szczytu Munczela, ok. godz. 10 rano zaczął padać deszcz, który zmienił się szybko w deszcz ze śniegiem i śnieg, pędzony wichurą od północy. Świat przestał dla nas istnieć.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ....
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 09-02-2009 16:50
Kontynuuję temat podjęty w poprzednim poscie:

Nie mając innego wyboru, zarządziłem marsz w kierunku południowym, orientując się według kompasu, na stronę węgierską w dorzecze Cisy. Schodziliśmy, trzymając się nieomalże za ręce, aby się nie pogubić. Szliśmy, aby w dół! Poniżej, gdy doszliśmy do linii lasu, śnieg był mokry, istna obrzydliwa papka. Szliśmy dnem potoku - on jeden wskazywał kierunek w dół. Byliśmy tak mokrzy, że niewiele ryzykowaliśmy idąc po deszczu, bo już więcej zmoknąć nie mogliśmy.
Niezmiernie się ucieszyłem, gdy po jakichś 5 godzinach marszu wśród świerków w dolinie pojawiło się dość duże jezioro. Była to Klauza Balzatul. Nigdy tu nie byłem, ale wiedziałem, że to ona, bo innej w tej okolicy nie było. Przy Klauzie były pomieszczenia mieszkalne dozorcy, rodziny huculskiej,, gdzie otrzymaliśmy nocleg, a jak na wstępie zaznaczyłem, że będziemy za wszystko płacili / było nas przecież 25 osób / - przyjęto nas bardzo gościnnie. Obiad był wspaniały - kwaśne mleko, jaja, nabiał - a gospodarz zachwycony, bo dodatkowo otrzymał parę paczek tytoniu do fajki.
Pościągaliśmy mokre ubrania, które suszyliśmy koło wielkiego pieca do pieczenia chleba. O dalszym marszu nie było mowy. Zostaliśmy tu na noc, aby się ogrzać, najeść i wysuszyć.
Byłem ostrożny, bo gdy spostrzegłem, że Hucułka ma zamiar suszyć nasze buty w piecu, po wyjęciu chleba, własne przezornie schowałem, chociaż były mokre. Zasnąłem szybko.
Zbudziłem się o świcie, około godz. 4 rano. Coś mnie jednak tknęło i odsunąłem blachę zakrywającą wnętrze pieca i omal głośno nie parsknąłem śmiechem. Z pieca bowiem wyjrzało ku mnie kilkanaście krokodylich paszcz, rozdziawionych szeroko i nabitych drewnianymi szpilkami jak zębami. To były buty kolegów, którzy byli tak nieostrożni, że pozwolili Hucułce wstawić je na noc do pieca. 20-stu kolegów zostało bez butów, bo były tak zeschnięte i przypalone, że nie dały się w żaden sposób założyć na nogę. Najbardziej poszkodowani byli ci, co mieli buty z cholewami. A przed nami 11 godzin marszu do pociągu.
Ruszyliśmy. Część z powiązanymi szpagatem samymi dołami butów, część z obwiązanymi szmatami i szpagatem nogami, część tylko w samych skarpetkach, a tylko 5 osób w mokrych, lecz całych butach. Jeden z kolegów zauważył w pewnym momencie stos gontów drewnianych, przygotowanych do układania na dachu. Wpadł zatem na genialny pomysł, żeby użyć ich jako podeszew. Przywiązywano je do stóp szpagatami, mimo że były bardzo niewygodne, często pękały. Uczestnicy wycieczki zabierali do plecaków taką ilość gontów, jaka się zmieściła. Trzeba dodać, że po całodziennym marszu po błocie, na resztkach butów bądź na gontach umocowanych szpagatem, wyglądaliśmy jak dezerterzy z armii względnie jako bandycki zespół. W Jasini / przesiadka na pociąg galicyjski do Lwowa /, wszyscy pasażerowie czekający na pociąg wyszli ze stacji, żeby nas podziwiać. Obiad podano nie w I-szej czy w II-ej lecz w III-ciej klasie dworcowej restauracji. We Lwowie, po wejściu do tramwaju wszyscy pasażerowie pouciekali na pierwszym przystanku - tramwaj zrobił się pusty, mieliśmy go tylko dla siebie. Na zakończenie wycieczki wszyscy udaliśmy się do fotografa - ten przystąpił do pracy dopiero po otrzymaniu zaliczki, upewniając się, że to nie jest żaden napad. Rozstaliśmy się wszyscy szybko, a kilku z nas powędrowało do najbliższej łaźni.


Tyle w relacji samego Orłowicza.
Pisze autor artykułu, Tadeusz Kiełbasiński:

Trudy tej wycieczki nie zniechęciły ani Orłowicza ani jej uczestników do nowych wypraw. Liczba członków klubu wzrosła w następnym roku z 43 do 158. Jeszcze w tym samym roku / 1906 / zorganizowano 14 wycieczek, prowadzonych przez Orłowicza. Stopniowo poprawiało się wyposażenie uczestników. w 1907 roku Orłowicz zorganizował i poprowadził 37 (!) wycieczek. Wyprawy w Beskidy Wschodnie i Karpaty Rumuńskie zaplanowane były jako imprezy bardzo forsowne - dla odstraszenia maruderów.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 19-02-2009 12:25
Mieczysław Orłowicz - wyprawy sierpniowe.


Wspomina Tadeusz Kiełbasiński w swoim artykule poświęconym Mieczysławowi Orłowiczowi, w "Pamiętniku PTT" z 2001 roku:

Najbardziej jednak Orłowicz dał się poznać, zdobywając jednocześnie sławę "największego wyrypiarza" w Polsce, organizując corocznie na przestrzeni lat 1922 - 1959 / z przerwą w okresie wojny / słynne 3-tygodniowe wyprawy sierpniowe, o których dotrwała do naszych czasów nieomal legenda. Została też spuścizna w postaci "Sprawozdań z wypraw sierpniowych" z przebogatym materiałem krajoznawczym, ilustrowanym unikalnymi zdjęciami wybitnych ówczesnych fotografików - członków wypraw / Dohnalik, Jaroszyński, Bułhak, Hartwig, Hermanowicz, Poddębski i inni /. Wyprawy te charakteryzowały się długimi trasami, spaniem gdzie popadnie, jedzeniem "z kotlików", nieraz bardzo trudnymi warunkami pogodowymi, a mimo tego Orłowicz zawsze miewał komplet uczestników / nieraz kłopoty z nadkompletami /, z których liczna grupa uczestniczyła w tych wyprawach dziesiątki razy.
Prawzorem dla późniejszych "wyryp" sierpniowych były zapewne wycieczki w latach jego działalności w AKT, szczególnie wyprawy w Karpaty Wschodnie.
Pierwsza wycieczka sierpniowa, z 1922 roku, trwała tylko 8 dni i prowadziła w Tatry Słowackie, ostatnia - w 1959 roku w Sudetach - trwała 21 dni.


W najbliższych kilku postach skupię się na przypomnieniu wypraw z lat 1934 - 1939, odbytych w ramach tzw. "wielkiego cyklu karpackiego".W tym celu, posłużę się materiałami zamieszczonymi w wydanej w 1989 roku książce Tomasza Kowalika
"Wycieczki sierpniowe Mieczysława Orłowicza".
Opis jednej z tych wypraw, z 1936 roku, zamieściłem w ubiegłym roku na stronie
"Szlakiem starych schronisk".
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 19-02-2009 16:49
Wyprawa sierpniowa z 1934 roku.


Wycieczka sierpniowa w 1934 roku nosi miano "wyprawy na Hnitessę". Takie określenie 12-dniowej wycieczki jest uzasadnione nie tylko wejsciem na szczyt Hnitessy / 1769m /, ale i tym, że podczas wędrówki grupa Orłowicza po raz pierwszy posługiwała się końmi huculskimi, które objuczono plecakami uczestników. Trasa wiodła przez trudno dostępne i zupełnie nie zagospodarowane pasma górskie w Beskidach Huculskich.
Wędrówka zaczęła się w Worochcie. Zaopatrzenie w prowiant uzupełniono w Żabiem, skąd 7-konna karawana ruszyła w góry przez Czarnohorę, na Lodową, Łukawicę, Kopilasz, połoniny Ryzowata i Hadżugi. Noclegi z reguły wypadały w szałasach pasterskich, posiłki przyrządzano na ogniskach rozpalanych na połoninach - na Chitance, pod Palenicą i Czywczynem. Dalej trasa wiodła do Burkutu i Jawornika, skąd tratwami spływano Czeremoszem do Żabiego i Kut. Zwiedzono zakłady lecznicze i wytwórnię kilimów huculskich w Kosowie. Karawana konna dotarła przez Beskidy Huculskie do Mikuliczyna - wsi letniskowej już wówczas licznie uczęszczanej przez mieszkańców Lwowa, Stanisławowa, Kołomyi.
Hnitessa stała się odtąd w gronie przyjaciół Orłowicza symbolem. Zaczęto używać nazwy "Hnitessa Klub" dla określenia zespołu wycieczkowego. Postanowiono w kolejnym roku co najmniej 10 dni przeznaczyć na wędrówkę po tej najdzikszej części Karpat Wschodnich. Była też ta góra symbolem trudnego do osiągnięcia celu; kilka razy pojawiała się w programach wycieczek sierpniowych.
Jakby dla wytchnienia po trudach wędrówki karpackiej, druga część sierpniowej wycieczki w 1934 roku odbyła się tradycyjnie w Pieninach, Tatrach i na Słowacczyźnie.


Na południowym krańcu II Rzeczypospolitej - wieża pomiarowa na szczycie Hnitessy / 1769m /; po zdobyciu tej góry w 1934 r. powstał "Klub Hnitessa"
fot. Jan Jaroszyński



Ta sama charakterystyczna skałka w masywie Hnitessy, po 72 latach, zdjęcie wykonane przez Jagodę Kuczyńską we wrześniu 2006 r.



Hnitessa z Palenicy, zdjęcie Jagody Kuczyńskiej, wrzesień 2006.



Masyw Kreczeli z Hnitessy - wrzesień 2007.



Z Hnitessy, ku dolinom Perkałabu i Saraty rozdzielonym Czarnym Działem, w tle Tomnaticul z charakterystycznymi poradzieckimi "pieczarkami" - wrzesień 2007.



"Pieczarki" na Tomnaticulu dedykowane tym, którzy nie zdążyli "zaliczyć" przed kilku laty podobnych konstrukcji na Stohu w Borżawie - czerwiec 2008.









Edytowane przez ju*****ny dnia 19-02-2009 20:05
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 20-02-2009 12:58
Wyprawa sierpniowa z 1935 roku.


Na zdjęciu poniżej, pierwszy dzień wycieczki sierpniowej z 1935 roku, przed dworcem kolejowym w Jaremczu, zdjęcie wykonał Jan Jaroszyński.



Druga z kolei wycieczka W Karpatach Wschodnich zaczęła się 4 sierpnia 1935 r. w Jaremczu, gdzie spotkało się 15 osób oraz 4 Hucułów z Żabiego z 7 końmi. Wycieczka robiła wrażenie karawany, toteż jej pojawienie się w towarzystwie Hucułów w strojach z Żabiego wywołało małą sensację.
Po zwiedzeniu pięknych wodospadów oraz wiaduktu kolejowego nad Prutem oraz Kamienia Dobosza grupa weszła na Makowicę, a pierwszy nocleg wypadł w szałasie pasterskim pod Rokietą Małą.
Już następnego dnia wydarzyła się pierwsza wycieczkowa "afera", której przebieg obrazuje stosunek do turystów w tamtym regionie. Skoro świt Huculi ze wsi Bania Berezowska przyszli upomnieć intruzów, że nie wolno wypasać na ich łąkach obcych koni. "Po zapewnieniu - pisze Orłowicz - że za trawę się zapłaci, ustały groźne okrzyki, a rozpoczęły się pertraktacje o wysokość zapłaty. Rozpoczęto od kwoty 10 złotych od jednego konia. Po trzygodzinnych targach ustalono honorarium na 35 słotych dzięki czemu znalazły się też w odległości 4 km od obozu konie, które jakoby same tak daleko w nocy zawędrowały [...] dopiero po godz. 8 rano po odnalezieniu koni nastąpił wymarsz w dalszą drogę."
Grupa pod kierunkiem Orłowicza wyruszyła w kierunku Kosmacza, skąd po obiedzie i uzupełnieniu zapasów żywności przeszła malowniczą doliną Pistynki do drogi im. Pflanzer Baltina / Emila Łepkowskiego /, zbudowanej z bali drewnianych przez wojska austriackie w czasie I wojny światowej. Wznosiła się ona serpentynami na Munczełyk, gdzie wypadł nocleg w kolibie pasterskiej. Następnego dnia Orłowicz wraz z towarzyszami wędrował przez Hordię i Ardżeluzę do Bukowieli pod Kostrzycą, której szczyt osiągnęli następnego dnia. Ze szczytu rozciągał się najpiękniejszy widok na całe pasmo Czarnohory.
Kolejny etap wędrówki wiódł zboczami Małej i Wielkiej Maryszewskiej, gdzie trwała budowa schroniska Karpackiego Towarzystwa Narciarzy, które popularyzowało te okolice jako istotnie znakomite tereny narciarskie, nie mniej atrakcyjne niż tatrzańskie czy beskidzkie. Dalsza droga wiodła północnymi stokami Czarnohory na charakterystyczny szczyt Homuła, a następnie do kotła górskiego pod Szpyciami i Wielkimi Kozłami, stamtąd zaś, omijając doświadczalną stację botaniczną, już o zmroku grupa Orłowicza dotarła do schroniska PTT na Zaroślaku pod Howerlą.
Kolejny dzień spędzili w tym schronisku z powodu deszczu.
Następnego dnia postanowiono zdobyć główną grań Czarnohory, na której dzięki staraniom Orłowicza ustanowiono w 1934 r. rezerwat przyrodniczy, choć postulowano utworzenie o wiele bardziej rozległego parku narodowego. Marsz rozpoczął się od Pożyżewskiej omijając Howerlę - najwyższy szczyt Karpat Wschodnich / 2058 m /. Kolejno na trasie wędrówki znalazły się Dancerz, Turkuł, Rebra, Gutin Tomnatik, Brebenieskul / drugi pod względem wysokości szczyt tego regionu /, a następnie Munczel i Dżembronia. Na nocleg w schronisku Akademickiego Związku Sportowego pod Pop Iwanem grupa Orłowicza dotarła już o zmroku. Nocleg okazał się bardzo prymitywny, na wypełnionych słomą siennikach na podłodze i na dodatek w ciasnocie. Mimo to Orłowicz miniony dzień zaliczył do najbardziej udanych podczas tej wycieczki, przede wszystkim z powodu doskonałej pogody, umożliwiającej podziwianie rozległych widoków i panoram odległych grup górskich, aż po szczyty Alp Rodniańskich i Karpat Marmaroskich.


Poniżej, Czarnohora, schronisko AZS pod Popem Iwanem / 2026 m / 10.08.1935r.
fotografia wykonana przez Tadeusza Dohnalika / ze zbiorów CFK w Łodzi /.



Nazajutrz, czyli 10 sierpnia, Orłowicz wraz z przyjaciółmi dotarł na szczyt Pop Iwana / 2022 m /, gdzie akurat rozpoczęły się prace przy budowie obserwatorium meteorologicznego. Z tego miejsca blisko już było do styku 3 granic - polskiej,rumuńskiej i czechosłowackiej - na szczycie Stoha / 1653 m /, położonego w tzw. Beskidach Połonińskich.
Po 3 dniach zwiedzania tych malowniczych i dlatego pożądanych wówczas przez turystów terenów w rejonie Czarnego Czeremoszu zrezygnowano ostatecznie z kolejnego wspięcia się na Hnitessę z powodu przyspieszonego o 2 dni terminu spływu darab / tratew /. Tak więc wprost z grzbietu Pnewia, który był najdalej na południe położonym punktem, jaki osiągnęła grupa Orłowicza podczas tej wycieczki, uczestnicy wędrówki zeszli do Hryniawy, skąd nastąpił spływ Czeremoszem, drabami przystsowanymi specjalnie do przewozu turystów, również koni, które towarzyszyły grupie. Wędrowcy przeżyli emocjonujące chwile wskutek trudności, z powodu bystrego i krętego nurtu rzeki, o wiele większych niż znane z przełomu Dunajca w Pieninach. Na Czeremoszu odbywał się taki spływ tylko przy odpowiednio wysikim stanie wody i trwał około 6 godzin / dystans około 60 km /.


Beskid Huculski, na darabie na Czeremoszu. Wycieczka dr. M. Orłowicza,
13.08.1935 r. Zdjęcie T. Dohnalika / ze zbiorów CFK w Łodzi /.



Beskid Huculski, spływ darabami - tratwami w 1935 r. - Czeremosz koło Uścieryk.
Zdjęcie T. Dohnalika.



Po zwiedzeniu Kut i Kosowa, gdzie podziwiano przede wszystkim malownicze stroje przybyłych na jarmark Hucułów i mieszkańcówm Pokucia, kolejnym etapem wędrówki była miejscowość Żabie, mająca wówczas rangę ośrodka folkloru huculskiego i uzdrowiska przyciągającego wielu turystów. W miejscowej restauracji do obiadu przygrywała orkiestra huculska, a w tzw. Dworku Czarnohorskim PTT, czyli w czymś w rodzaju domu turysty, oglądano popisy taneczne Hucułów.
Kolejnym celem wycieczki były Gorgany Wschodnie. Wędrówka zaczęła się od przystanku kolejowego Żeniec koło Tatarowa, potem na Chomiak do schroniska PTT, które powstało m. in. dzięki radom Orłowicza; sugerował on wybór miejsca jego posadowienia oraz był doradcą budowniczym. Po otwarciu schroniska z inicjatywy Ferdynanda Drabika, pełnomocnika budowy obiektu i jego pierwszego kierownika, otrzymało imię Orłowicza.


Gorgany, w "ryzie" dla spuszczania klocków drewnianych w potoku Głaszczyniec. Wycieczka dr. M. Orłowicza / pierwszy w szeregu /, 18.08.1935 r. Fot. T. Dohnalik
/ ze zbiorów CFK w Łodzi /.



Gorgany, Dogoszanka / 1757 m / z Połomów / 1306 m /. Wycieczka dr. M. Orłowicza / pierwszy z prawej /, 17.08.1935 r. Fot. T. Dohnalik / ze zbiorów CFK w Łodzi /.



W ciągu ostatnich dwóch dni wycieczki zwiedzono Syniak, Mały Gorgan i pasmo Doboszanki. Po noclegu w schronisku PTT na Połoninie Niżnej w dolinie Zubrynki grupa weszła na Płoskę, zeszła na stronę słowacką, potem powędrowała doliną do Jasiny, gdzie nastąpiło rozwiązanie wycieczki w niedzielę 18 sierpnia oraz powrót pociągiem do Worochty.
Przeciętnie przebywano dziennie 26 km, pokonywano 900 m wzniesień, czyli w skali Orłowicza 35 km tzw. wysiłku / każde 100 m wzniesienia równoważyło 1 km marszu w terenie płaskim /, 77km autobusami i taksówkami oraz 8 km wozami, z tym że konie spłynęły Czeremoszem na specjalnej tratwie.
W 1935 roku Zarząd Główny PTT ustanowił Górską odznakę Turystyczną; Orłowicz był przewodniczącym Komisji GOT, ustalającej regulamin i punktację tras.
To właśnie uczestnicy wycieczki sierpniowej pierwsi zdobywali odznakę w 1935 r.


Edytowane przez ju*****ny dnia 20-02-2009 17:36
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ...
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 07-03-2009 16:16
Wyprawa sierpniowa z 1937 roku.


W 1937 roku wycieczka miała wyraźnie oddzielone 2 części programu turystycznego, wschodniokarpacką i zachodniokarpacką, czyli w Tatrach Słowackich.
Pierwotny plan przewidywał wędrówkę od Żabiego przez Skupową do Hryniawy, a potem przez Prełuczny na Hnitessę. Powrót z kresów miał się odbyć grzbietem granicznym polsko - rumuńskim przez Czywczyn na Stoh, a następnie przez Karpaty Marmaroskie po stronie słowackiej, Rachów, Bliźnicę, Świdowiec i Czarnohorę do Worochty.
Z powodu 5 - dniowego deszczu i mgieł utrudniających poruszanie się i podziwianie górskich panoram, grupa Orłowicza zatrzymała się w Hryniawie. Tym samym okazało się konieczne zrezygnowanie z Karpat Marmaroskich, Bliźnicy i Świdowca. faktycznie zatem wędrówka rozpoczęła się w Żabiem od spotkania z zamówionymi znów do pomocy Hucułami z końmi do transportu bagażu i żywności. Przeprawiono się przez Czeremosz po kładkach wiszących nad wezbranymi po deszczach wodami. Pierwszym osiągniętym szczytem była Synycia / 1186 m /. Po zwiedzeniu tzw. Komór Dobosza, czyli zespołu oryginalnych skał, wśród których ukryte były skarby legendarnego Dobosza, zanocowano w huculskiej chacie w przysiółku Żabiego - pod Synycią.
Kolejne dni wypełniło dojście do Krasnoiły; z powodu deszczowej pogody zrezygnowano z wędrówki grzbietami gór. Gdy tylko pogoda się poprawiła, Orłowicz z przyjaciółmi wrócił na szlak górski, m.in. na szczyt Skupowej / 1589 m /,
skąd podziwiano panoramę Czarnohory i Beskidów Hryniawskich, ale tylko przez pół godziny, bowiem silny, przenikliwy zimny wiatr nie pozwolił na dłuższy pobyt na szczycie. Niebawem zjedzono obiad w nowym schronisku PTT na Małych Stopniach, z widokiem na Pop Iwan Czarnohorski, skąd przez Hramowicę / 1215 m / i Stołbej / 1055 m / do Hryniawy. Wówczas właśnie zaczęła się wspomniana już 5 - dniowa słota.
Deszczowe dni spędzano w schronisku turystycznym urządzonym przez miejscowe nadleśnictwo w garażu. " Wstawiono tam - zanotował Orłowicz - łóżka zaścielone sianem, niestety jednakże dach garażu przepuszczał wodę, co zmusiło do przenoszenia łóżek często nawet w ciągu nocy dla znalezienia suchego miejsca."
Do jedzenia służyły zapasy nadleśniczego / płacono 50 gr. od osoby za nocleg i 4 zł za utrzymanie, złożone ze śniadania, obiadu i kolacji /.
Pobyt w Hryniawie nie był tak monotonny, jak przed rokiem, w schronisku przy klauzie Świcy, a to z powodu możliwości oglądania wzbierającego nurtu Czeremoszu, podziwiania zręczności flisaków na tratwach, odbywania wycieczek do karczmy Jankiela i okolicznych wodospadów, pieczenia ziemniaków i innych rozrywek, dość typowych dla tej wczasowej miejscowości, jak trzeba by ją dziś nazwać.
Po kilku dniach oczekiwania na poprawę pogody wyruszono na południe - na Hostowiec / 1480 m /, grzbiet Pnewia, przez połoninę Hadzugi do doliny Czarnego Czeremoszu, gdzie były spore kłopoty z pokonaniem wezbranego Czeremoszu na koniach i w bród. Wreszcie osiągnięto schronisko PTT na Bałtagule, położone na wysokości 1310 m.
Kolejny dzień, 10 sierpnia, grupa Orłowicza spędziła na wędrówce doliną potoku Prełuki, na szczyt Prełucznego / 1620 m /, gdzie atrakcją była kopalnia manganu. Z domu zajmowanego przez górników i inżynierów prowadzących prace kopalniane obserwowano jeden z głównych celów wycieczki - Hnitessę . Korzystając z poprawy pogody i dogodniejszej drogi na Hnitessę, po południu osiągnięto szczyt, z którego roztaczał się rozległy widok na Alpy Rodniańskie po stronie rumuńskiej.
Po tej krajobrazowej uczcie - jakby w nagrodę za trud, trwała ona dostatecznie długo, by nacieszyć się rozległym widokiem - rozpadało się od nowa. Trzeba było gwałtownie szukać noclegu, który tym razem wypadł w zrujnowanej, bez podłogi i okna, rumuńskiej strażnicy granicznej.
Niestety, rankiem okazało się konieczne ponowne wejście na szczyt Hnitessy, aby uniknąć przechodzenia przez zabagniony teren, a potem wzdłuż słupków granicy polsko - rumuńskiej, wędrówka do Gropy, szczytu nieco wyższego od poprzedniego, i na Palenicę / 1758 m /, która była porośnięta najrozleglejszym lasem kosodrzewinowym w ówczesnych polskich górach.
Niesamowitości dodawały terenowi zasieki z drutu kolczastego, pozycje artylerii i bunkry połączone okopami, pozostałe w tej okolicy po działaniach I wojny światowej na Komanie / 1721 m /, Stewiorze / 1617 m /, Purulinie / 1617 m /. Przymusowy nocleg wypadł w szałasie pasterskim, w towarzystwie - jak zanotował Orłowicz - " wspaniałych typów huculskich z fajkami w zębach ".
Kolacja składała się z zupy grzybowej,makaronu z masłem i ryżu z bitą śmietaną. Tak było na Piriu / 1580 m /, skąd grupa poszła na Przełęcz Łostuńską przez wspaniałe ostępy starej puszczy karpackiej, nietkniętej toporem drwala. Z kolei
przetrawersowano Łostuń Rumuński, Popadię i Suligul - szczyty sięgające 1700 m, a także Czywczyn / 1769 m /. Kolejny nocleg wypadł w schronisku Akademickiego Związku Sportowego pod Kopilaszem. Cały następny dzień zajęło zejście w dolinę Czarnego Czeremoszu, a obiad zjedzono w stacji turystycznej warszawskiego AZS w Jaworniku. Ostatni dzień tej części wycieczki, po noclegu w huculskiej chacie w Dzembronii, grupa Orłowicza spędziła na trasie wiodącej przez Kosaryszcze, przypominającej wedle słów uczestników Gubałówkę, z dobrymi widokami na Czarnohorę. Pogoda poprawiła się aż tak, że dzień uznano za wyczerpujący z powodu marszu w słońcu. Trasa wiodła znakowanymi ścieżkami grzbietem Kiczerki, Kostrzycy i Połoniny Maryszewskiej, ku stacji kolejki leśnej, łączącej Foreszczenkę z Worochtą. Oczekiwanie na Strzałę Czarnohorską - jak żartobliwie nazwano wąskotorową kolejkę do przewozu drewna ciętego obficie w okolicy - wykorzystano na kąpiel w Prucie. Na stacji pożegnano Hucułów, wypłacając im po 112 zł za konie i pracę, obdarowując prowiantem pozostałym z wycieczkowych zapasów.
....pomimo złych warunków obecnym w grupie fotografom udało się wykonać aż około 300 kadrów fotograficznych / inż Jaroszyński 250, inż Miller 40 /." Odbitki oceniane będą - zapowiadał Orłowicz - na spotkaniu w kawiarni, a odbitki formatu 9 x 12 będzie można zamówić jak zwykle po 30 groszy za egzemplarz ".


Niestety, do tej wycieczki nie zamieszczę żadnego zdjęcia, bo nimi nie dysponuję, ale jak sami widzicie, potencjalnie, gdzieś one mogą się znajdować, do dzieła więc, jest czego szukać !

Edytowane przez ju*****ny dnia 07-03-2009 16:34
Wyślij Prywatną Wiadomość
Autor RE: Śladami starych schronisk, szlaków, ludzi ....
ju*****ny
Użytkownik

Postów: 97
Data rejestracji: 22.02.08
Dodane dnia 14-03-2009 15:31
Wyprawa sierpniowa z 1938 roku.


Wycieczkę z 1938 roku zapoczątkowało zwiedzanie Zagłębia Naftowego w rejonie Borysławia i Tustanowic, a następnie znanego uzdrowiska Truskawiec, gdzie tryskało źródło " Naftusia ". Dalej trasa wędrówki biegła ku Bieszczadom ; turę górską zaczęto od wejścia na Ciuchowy Dział / 942 m /, gdzie znajdowało się schronisko PTT.
Na trasie znajdowały się oryginalne formacje skalne w Uryczu, a następnie przez Malmanstahl / ze schroniskiem PTT / i Paraszkę / 1271 m / grupa Orłowicza doszła do Skolego - znanej bazy turystycznej w tym regionie Bieszczad. Z powodu niepogody nie udało się urządzić wypadu do oryginalnych i tajemniczych skał w Bubniszczach, które Orłowicz znał jeszcze z czasów wycieczek akademickich.
Ze Skolego trasa wiodła na szczyt Zełemin / 1177 m / i długim pamem górskim - na którym noclegi wypadły 2 razy w ciasnych domkach myśliwskich - przez szczyty Mutny / 1264 m /, Małachin, Magurę Tuchlańską do doliny Mizunki, rozdzielającej Bieszczady od Gorganów, do Ludwikówki.


Poniżej, zdjęcie pobrane z artykułu Tadeusza Kiełbasińskiego, poświęconego Mieczysławowi Orłowiczowi, zamieszczonemu w " Pamiętnikach PTT z 2001 roku.
Zdjęcie, wykonane przez Tadeusza Dohnalika przedstawia grupę Tadeusza Orłowicza w Ludwikówce, przy drezynie motorowej, podczas sierpniowej wędrówki z 1938 roku.



Po przymusowym - znowu z powodu deszczowej pogody - pobycie przez 2 dni w Ludwikówce, 17 sierpnia grupa ruszyła w kierunku Arszycy, która dała się zapamiętać dzięki noclegowi w ciasnym dziurawym szałasie, ledwo mieszczącym kilka osób, a musiało ich nocować aż 17. Po przejściu kilku szczytów w paśmie Arszycy, m.in. Pustoszaka, Gorganu Ilemskiego / 1589 m / i Neriedowa / 1557 m /, grupa dotarła do Osmołody, drugiej po Ludwikówce miejscowości wypadowej w Gorgany Centralne.
Po noclegu, już o godzinie 5 rano Orłowicz zarządzł wymarsz, a potem jazdę drezyną motorową wzdłuż doliny Łomnicy, aż do ostatniego przystanku kolejki leśnej w Brusturach. Stąd rozpoczął się marsz ku grupie górskiej Busztuła / 1693 m / i Kieputy / 1634 m /, czyli ku najdalszej i najtrudniejszej - obok Popadii - grupie polskich Gorganów. Na szczycie granicznym, na pasie wyciętym w kosodrzewinie, wypadł niezwykle romantyczny nocleg pod wygwieżdżonym niebem, przy ognisku podsycanym pracowicie do białego rana. Wschód słońca i morze mgieł oraz rozległe widoki, jakie wszyscy podziwiali rankiem, pozostawiły niezapomniane wrażenia. Kolejny etap - to dojście do schroniska na Ruszczynie pod najwyższym szczytem Gorganów - Sywulą / 1836 m /.


Poniżej 3 zdjęcia wykonane podczas wycieczki sierpniowej w 1938 roku, pochodzące z książki Tomasza Kowalika " Wycieczki sierpniowe Mieczysława Orłowicza.
Gorgany, sierpień 1938 - schronisko Warszawskiego Towarzystwa Narciarzy w Rafajłowej, zdjęcie wykonał Tadeusz Dohnalik



Gorgany, sierpień 1938 r. - Mieczysław Orłowicz i jego " asystent ' - Hucuł na Taupiszu na tle Sywuli - fot. Tadeusz Dohnalik



Gorgany, sierpień 1938 r. - uczestnicy wycieczki pozują do fotografii na złamanej jodle - fot. Tadeusz Dohnalik



Ostatni tydzień wycieczki zaczął się od Ruszczyny, trasą wiodącą nad przepastnym kotłem zwanym Piekło. Następnie wędrowano przez Taupisz i Taupiszyrkę do Rafajłowej ; zanocowano w schronisku Warszawskiego Towarzystwa Narciarzy. Stąd trasa wiodła na graniczną Klewę w Paśmie Bratkowskiej, gdzie przekroczono granicę, korzystając z okazji odwiedzenia terenów objętych w tej części umową turystyczną. Po przejściu doliną Czarnej Cisy Orłowicz poprowadził swoich towarzyszy w Pasmo Świdowca, na Tatulską / 1774 m / i Stoh / 1707 m /. W schronisku pod szczytem stwierdzono, że ostatnią grupą polskich turystów, jaka przebywała tam w 1936 roku, była grupa prowadzona przez Orłowicza. A więc nie były to trasy zbytnio uczęszczane przez naszych turystów. Po noclegu, zejściu do Jasiny i przejechaniu koleją do Rachowa pierwotny zamiar kontynuowania dalszej wędrówki w Karpatach Marmaroskich okazał się nierealny z powodu deszczowej pogody, która - jak wynika z kilkuletnich obserwacji i doświadczeń - właśnie w sierpniu była często trudna do wytrzymania, zwłaszcza na szlaku.
Ostatnie 3 dni wycieczki poświęcono na wejście na Pietrosa / 2020 m /; ominięto z powodu deszczu szczyt Howerli. Następnie wizyta w schronisku PTT na Zaroślaku i zejście z Kukula do Worochty, gdzie nastąpiło zakończenie wycieczki w niedzielę, 28 sierpnia.
...W sprawozdaniu, wiele miejsca poświęcił autor fotografowaniu podczas wycieczki. Tym razem aż 5 osób miało aparaty : p.p. Jaroszyński, Dohnalik, Miller, Lehman i Łubieński.
...Wędrówka w górach w strefie konwencyjnej nie nastręczyła kłopotów, choć spodziewano się takowych przed wyjazdem, z powodu okresowego jej zamknięcia
/ powodem były napięcia polityczne i wydarzenia międzynarodowe /. W ciągu 5 dni pobytu za granicą 9 - osobowa grupa nie była ani razu kontrolowana, nikt nie sprawdzał przepustek granicznych.
...Pewną informację o stosunkach wzajemnych w strefie konwencyjnej daje to, że latem 1938 roku, po stronie czechosłowackiej nie można było niczego kupić za polskie pieniądze - nawet owoców wnoszonych przez handlarzy na szczyt Howerlii w Czarnohorze.
... Do " wątpliwych atrakcji " zaliczył Orłowicz detonacje granatów, wrzucanych nocą do ognisk przez pasterzy wypasujących owce na halach pod Howerlą, które przeleżały się w tamtych okolicach od I wojny światowej. Tłumaczyli to koniecznością odstraszania wilków i niedźwiedzi.
...Zapowiedziany wcześniej przegląd fotografii z wycieczki odbył się tradycyjnie w warszawskiej kawiarni Bliklego przy Nowym Świecie, jesienią 1938 r.
Wyślij Prywatną Wiadomość
Strona 1 z 3 1 2 3 >
Skocz do Forum: